wtorek, 7 sierpnia 2012

Washington- CZEKOLADOWE MIASTO


































































Waszyngton, 6 sierpnia 2012, godz. 6.30 rano czasu lokalnego
Budzę się zanim zacznie dzwonić budzik w komórce. Sen zabrał wszystko zmęczenie i stres. Włączam tv, włączam komputer, ale nadal nie mam połączenia z internetem. Długi prysznic , do śniadania jeszcze tyle czasu.Wskakuję (dosłownie, bo łóżka bardzo wysokie- a dla mnie,szczególnie). Piszę notatkę na bloga przez telefon komórkowy.Jest mi już dobrze. Napięcie , rodzaj oszołomienia, rozbicia minął. Ciekawa byłam swoich reakcji na zmianę czasową. Zdecydowanie poszłam wczoraj bardzo szybko spać- ok. 10tej i praktycznie przespałam całą noc. Sen to dla mnie najlepsze lekarstwo na regenerację.
Czuję się jak nowo narodzona . Wracam do gry. Doskonale sprawdza się "przejściówka" na prąd. W pokoju hotelowym nie brakuje niczego - suszarka, żelazko, nawet deska do prasowania w schowku, a w szufladzie egzemplarz Biblii dla Mormonów. Che mi się pić, ale woda, która stoi na komodzie płatana 4 dolce za butelkę. O nie, ale nic to. Wyciągam jeszcze zapasową butelkę, którą kupiłam za 5 zł na Okęciu. W samolotach tak o nas dbali, co chwile donosząc napoje na życzenie, że jej nie wypiłam.
Umawiamy się na śniadanie na 8 rano, choć hotel serwuje je od 6.30. Jem je w towarzystwie Ani Osiadacz., Krzśka Gorczycy ( obydwoje wegetarianie), po chwili dołącza do nas Wojtek Stremel- nas tłumacz. To kolejna okazja do wsłuchania się w ciekawe dykteryjki i cenne uwagi. Nasi tłumacze są nieocenioną kopalnią wiedzy o USA. Oprócz tego, że czujemy się przy nich bezpiecznie, bo są praktycznie zawsze krok przed nami, to ich doświadczenia i rady dosłownie chłoniemy przez skórę.
W bufecie zaglądam w każdą miskę, półmisek, koszyczek. Zjadam wszystko oczami, ale wiem z doświadczenia,że dużo mi do szczęścia nie potrzeba. Ot, miska świeżych owoców- melony kilku, rodzajów, truskawki, ananasy, jabłka, brzoskwinie, wyfiletowane pomarańcze różnych kolorów, grapefruity, jagody. Jogurty w kilku smakach, mleko, płatki różnorodne lub ciepła owsianka.
Wśród zimnych dań łosoś wędzony, siekane jajka na twardo, kapary, cebulka, pomidory, pasty, sery. W kopulastych, gorących misach z przykrywką- pieczone ziemniaczki z warzywami, jajecznica, różnego rodzaju kiełbaski, chrupiący bekon, naleśniki. Na osobnym stoliku ciasta, pączki, bajgle, kilka rodzajów chleba tostowego i toster, by można było sobie podpiec pieczywo.
Próbuję tylko łososia z kaparami i bekon, bez pieczywa, bo świadomie wybieram misę różnorodnych owoców z owsianką. Kelner donosi do stolika kawę i pomarańczowy sok.
Po śniadaniu pędem spotykamy się w pokoju Bartka i wyrzucamy na jego łóżko wszystkie nasze gifty i gadżety. Burza mózgów, co do czego, dla kogo i kiedy. Niestety muszę wrócić do pokoju, bo w ręku oprócz torebki miałam jeszcze...pidżamę. sic!
Czas w naszym pięknym, czarnym karawanie to czas odprawy. Tu ustalamy szczegóły dnia, dowiadujemy się gdzie jedziemy, kogo spotkamy i na co możemy liczyć.
Pierwszy dzień w Waszyngtonie ma charakter całkowicie oficjalny. Rezydencja Meridian International Center  http://www.meridian.org/ jest piękną , wypieszczoną rezydencją, otoczoną pięknymi starymi drzewami, ogrodem kwiatowym pełnym rzeźb i gardenii, z fontanną naprzeciw głównego wejścia.. Sam widok robi na nas niezwykłe wrażenie.
W środku, niczym w muzeum kamienne filary, kręcone schody, stare potężne stoły  i kryształowe żyrandole. Jesteśmy zapraszani do "zielonego" salonu. Tam już czekają nas wizytówki z naszymi nazwiskami, materiały, napoje i wielka mapa z zaznaczoną czerwonymi pinezkami mapą naszej wizyty.
Wpinamy w ucho słuchawki, by słyszeć tłumaczenia symultaniczne. Nasi tłumacze przez cały dzień wymieniają się , by tłumaczyć nam wszystkie wypowiedzi prelegentów. Val, Wojtek i Jacek. Po kilku godzinach potrafimy już nie patrząc na nich śmiało powiedzieć, który z nich tłumaczy, bo nie tylko mają charakterystyczne głosy, ale również specyficzną osobowość, która c jakiś czas przebija przez ich słowa. W "zielonym pokoju" spędzimy większość dzisiejszego dnia. 
Co charakterystyczne, w USA króluje klimatyzacja. Na dworze 33 stopnie, a w pomieszczeniach odczuwalne zimno, tak,że wskazane jest jakieś nakrycie na ramiona. I przekonujemy się,że jest tak wszędzie, niezależnie od standardu pomieszczenia, lokalu, instytucji.
Podczas tego oficjalnego spotkania z przedstawicielami Departamentu Stanu USA czujemy napięcie, jakie zwykle towarzyszy chwilom podniosłym. To jakby "świąteczny" dzień. Zarówno Ms. Lani Makholm, dr Michele Titi jak i najmłodsza Ms, Nafisa Isa na każdym kroku dają nam odczuć, jacy jesteśmy wyjątkowi. Witają nas w imieniu United States Departament of State. To one od lat koordynują program International Visitor Lesadership, dzięki któremu i my trafiamy na listę już ponad 5 tysięcy szczęśliwców z całego świata.
Czuję się naprawdę wyróżniona, widzę,że moi przyjaciele Liderzy też odczuwają dumę. Co tam będziemy ściemniać- wzruszyliśmy się. Panie szczegółowo opowiadają nam o programie oraz omawiają każdy dzień programu. Słuchamy, słuchamy, słuchamy...
Przed lunchem uroczyście każdy z nas otrzymuje kopertę z wł. nazwiskiem, grubo wypełnioną podróżnymi czekami. Otrzymujemy w sumie 1750 dolarów amerykańskich w czekach, które to pieniądze mają pokryć nasze wydatki związane z noclegami, wyżywieniem, taksówkami, napiwkami i drobnymi przyjemnościami. Nocleg  i lunch w Washingtonie już zostały zapłacone z góry. Podpisujemy każdy czek, tak jak podpisaliśmy się w paszporcie. Część dokumentów zwracamy koordynatorom, oni w tym czasie skanują wszystkie nasze dokumenty- paszport, wizę, bilety lotnicze, formularz imigracyjny.
Na lunch jedziemy do Busboys and Poets http://www.busboysandpoets.com. To miejsce spotkań różnych kultur zamieszkujących Washington. Księgarnia, scena, bar. Kolorowo, gwarnie, inspirująco. Ludzie zagadują do nas, uśmiechają się, robią sobie z nami zdjęcia. Marokański właściciel opowiada o misji tego niezwykłego miejsca: gościach, programie, spotkaniach. My w tym czasie zajadamy lunch. Sałatę na przystawkę i do wyboru danie główne. Porcje są tak wielkie, że nie mieszczą się na talerzu. Zamawiam falafela z maleńkimi, dość pikantnymi mięsnymi kulkami. Nie daję rady zjeść wszystkiego, tym bardziej,że rozmowa jest pasjonująca, a na deser wjeżdża potężny talerze jeszcze gorącego brownie  ( mokrego ciasta czekoladowego) w asyście wielkich krążków ciastek z kawałkami czekolady. Jesteśmy syci i podekscytowani. Nasi prelegenci zachwycają się prezentami od nas. To miłe.
Wracamy do Meridian ma wykład o federalizmie, który prowadzi dla nas dr. Steven Billet z George Washington University.  Od razu rzuca się nam w oczy piękna blondynka, siedząca obok  niego.
- Skąd oni wytrzasnęli taką piękną Amerykankę- myślę sobie. Cóż, piękność okazuje się żoną profesora. To Belgijka...polskiego pochodzenia, która wyraźnie zadowolona jest z udziału w spotkaniu.
Profesor już w pierwszym zdaniu odnosi się do słów Ryszarda Kapuścińskiego, którym jest wyraźnie zafascynowany. To mi zaimponowało, powiem wam.
Z suchego wykładu o legislacji w Stanach płynnie przechodzimy do dyskusji, która nie należy do łatwych i przyjemnych.. Odnosimy się w niej do prawa amerykańskich obywateli do posiadania broni palnej, w kontekście ostatnich, tragicznych wydarzeń ( w pierwszy dzień naszego pobytu wydarzyła się kolejna strzelanina z ofiarami śmiertelnymi, chyba w świątyni sikhów ). Temat rzeka, ale bardzo intrygujący i reprezentatywny, by poczuć choć trochę klimat społeczeństwa amerykańskiego i różnice między tym, co ogólnostanowe,a tym co federalne, lokalne.
Na ostanie już dziś spotkanie jedziemy do Cultural Tourism DC http://www.culturaltourismdc.org/. Na dziesiątym piętrze siadamy w małym, klimatyzowanym pokoju by dać się ponieść narracji dyrektor tej organizacji, która z pasją i autentycznym zaangażowaniem mówi o turystyce kulturowej w Washingtonie. Aż szkoda,że spotkanie takie krótkie, choć i tak przedłużyliśmy je nieco naszymi pytaniami.
W drodze powrotnej do hotelu wykluczamy zakupy, pozostawiając je na Nowy Jork, bo Jacek przekonuje nas, że tam będzie najtaniej na rzecz wieczornego wypadu do knajpek.
Koniec końców lądujemy przed północą w etiopskiej knajpce zajadając rękoma z jednej misy  placki maczane w nie do końca zidentyfikowanych pastach- smacznych, kolorowych, pikantnych. Gwar, śmiech, i żarty, które niektórzy z nas będą pamiętać dłużej ( kto wie, ten wie). Dzielimy się na grupy, ja z Wojtkiem, Piotrkiem, Anetą i Aliną wracamy do hotelu. Reszta rusza dalej w miasto. Po drodze znajduję szkiełko od okulara, ha! 
Pędzę, bo mam nieodpartą chęć pisania na blogu, bo czuję, że tyle osób czeka, a tu jak na razie nic.
Ps. koniecznie zaglądajcie na vudeoblog Jakuba- tam zamiast słów obrazy z podróży http://www.youtube.com/watch?v=22jPEQDFQ9U&feature=em-uploademail


1 komentarz: