Po moim ostatnim wpisie na forum Alumnów programu rozpoczęliśmy dyskusję na temat funkcjonowania
i finansowania organizacji takich jak The Door. Myślę, że porównywanie doświadczeń amerykańskich
i polskich w tym względzie nie może być jednoznaczne i zero-jedynkowe.
Bo na pierwszy rzut oka z obserwacji wynika,że Amerykanie potrafią działać na rzecz społeczności lokalnej, animacji społecznej, zaś my Polacy to jeszcze niekoniecznie.
Coś w tym oczywiście jest na rzeczy, bo za każdym razem wizytując organizacje byliśmy pod wrażeniem spójności podejmowanych działań, zarówno na poziomie misji, zarządzania, finansowania, wizyjności czy partycypacji społecznej.
Myślę sobie jednak: to doskonale się składa, że patrzymy na to z lekkim ukłuciem zazdrości, takiej zdrowej zazdrości, że też chcielibyśmy mieć takie doświadczenia, zespół, styl pracy, rodzaj wspólnego, społecznego zaangażowania, który trudno odnaleźć w naszych przedsięwzięciach. Bo to oznacza, że chcemy się rozwijać, chcemy angażować ludzi, zarażać ich wspólnym, odpowiedzialnym spojrzeniem na lokalną przestrzeń, nawet jeśli to nie "fabryka materacy", ale maleńka uliczka miasta, wiejska świetlica, czy trzepak przed blokiem, przy którym zbierają się dzieciaki.
Nie możemy się porównywać, bo przecież specyfika naszych kultur, sytuacji społeczno-ekonomicznej, modeli państwa, zarządzania, podejścia do poczucia wspólnoty obywatelskiej jest zupełnie inna.
Mój świat- wiecznie niezadowoleni, zrzędzący malkontenci, których zalewa żółć. " Mędrcy ludowi", którzy mają monopol na wiedzę we wszystkich dziedzinach. Z wylewnością , jadem i brakiem szacunku opluwają
" wariatów", którym "coś się chce", szczególnie za plecami, a najlepiej na forach internetowych pod zmyślonym nickiem, a jeszcze lepiej anonimowo.. Zaangażowani-oj tak- w dołowanie innych, ściąganie " do piekiełka".
Jak się zapytać: może weźmiecie udział w tym czy tamtym? pomożecie zrobić to czy to? wypowiecie się publicznie na temat tego czy tamtego? to odpowiedź jest jedna: Nie.
Otóż:: n i e. N i e m a m o w y !!!
Ja? Mi za to nie płacą! Od tego są ci, jak im tam- radni, wójt, burmistrz, urzędnicy. Za co biorą kasę?
Być może nie wynika to całkowicie z naszej mentalności, ale przez lata komuny nauczyliśmy się bierności, narzekania, gloryfikowania beznadziejności, zamiast cokolwiek z tym zrobić. Bo dlaczego ja mam coś robić, wyręczać innych.
Jaka wspólnota? Jakie dobro społeczne? Ja mam wyręczać tych darmozjadów?
Pamiętacie jak było za komuny? Wspólne znaczy tyle co n i c z y j e. Zamykaliśmy się w domach z betonowej płyty, patrząc tylko nieufnie na sąsiada zza firanki. O innych praktykach nawet nie wspomnę.
To jaskrawy przykład, ale bardzo sugestywny i myślę reprezentatywny.
Zmiana jest procesem. Nie rodzi się z dnia na dzień. Zmiana myślenia jest skomplikowana, bo wywraca naszą dotychczasową percepcję i siebie samego i świata w koło i naszego w nim miejsca. Wywraca wnętrzności i nie daje spać po nocach, zabiera "święty spokój".
A jeśli jesteś do tego " walniętym Don Kichotem" wśród " mędrców" to proces może być jeszcze dłuższy i bardziej dotkliwszy. I wtedy okazuje się, że wkręcasz się i wkręcasz, a potem wkręcasz też innych ludzi, którzy podążają za twoim zaangażowaniem i entuzjazmem. I tak kropla drąży skałę...
Sami przeniesiemy źdźbło. Razem przeniesiemy słonia!
Tak sobie myślę- z jednej strony w tej Ameryce mają lepiej- obywatele są świadomi, działają już w pewnych strukturach, sprawdzonych modelach, z ludźmi, którzy podobnie jak oni angażują się.Nie trzeba im niczego tłumaczyć. Zwyczajnie jak ty o czymś marzą, czegoś pragną, coś ich wkurza.
Z drugiej- nie jestem pewna czy jest to wynikiem ich naturalnych potrzeb, czy wyrosło raczej na kanwie modelu funkcjonowania państwa.
Chcesz coś osiągnąć? Rusz głową, podwiń rękawy, zabłyśnij pomysłem, zaangażuj ludzi. Bądź autentyczny, bo inaczej nici z twojego super pomysłu, bo takich jak ty jest dużo, bardzo dużo...
Doprawdy cieszę się, że dane mi było zobaczyć jak to działa w Stanach. Jestem na tym etapie mojego rozwoju osobistego, mojej refleksji na temat wpływania na to, co dzieje się obok mnie, że traktuję to doświadczenie, jak dobrodziejstwo.
To tak, jakby ktoś puścił mi film 5D, na wielkim ekranie. Film z przyszłości. I mam wrażenie, że każdy z naszej dziesiątki wyjechał ze Stanów z filmem specjalnie nakręconym dla niego. Zamiast pamiątek, bryloczków, koszulek, magnesów na lodówkę z wieżowcami Manhattanu wracamy z potężnymi, okrągłymi puszkami w których ukryte mamy taśmy naszego filmu. Metalową puszkę mocno ściskamy w dłoni, a w Polsce oglądamy taśmę celuloidową pod słońce w naszych biurach, domach, samotnie i wśród wspierających nas przyjaciół.
Będzie też specjalny seans dla niedowiarków, malkontentów, pieniaczy, którzy do tej pory irytowali nas strasznie.
Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za Ameryką...tak zaczyna swoje bajki córeczka Anety Kielak, odkąd wróciła ze Stanów jej mama.
A mój film?Cóż...
-Popatrz- szepcze głęboki głos z offu- to twoja przyszłość. Tak będzie. Już niedługo. Nie zwariowałaś. Twoi przyjaciele, znajomi, współpracownicy też nie.Możesz zmieniać świat. Ogranicza cię tylko wyobraźnia.
Zamykam oczy, biorę głęboki oddech, górna warga lekko faluje pod uśmiechem.
Bingo! Bingo Anka!
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz