wtorek, 21 sierpnia 2012
Don't cry for me America! Wrócę!
Wróciłam. To była długa droga do domu. Do Polski. Od wyjścia z nowojorskiego hotelu do ucałowania mamy w rodzinnym domu minęło czterdzieści jeden godzin. Metro. Lotnisko. Niekończące się ruchome schody w górę i w dół. Tafle szkła, poręcze z aluminium. Typowe uczucie wyobcowania, tymczasowości, niekończące się odprawy. Samoloty, lęki zakrapiane fascynacją dla ludzkiego umysłu i zaawansowanej techniki. Długa droga. Mam też poczucie, że bardzo długa mentalnie. Zlepki myśli, zapachy, twarze, muzyka, kolory i smaki tworzą niepowtarzalny podróżniczy patchwork. Niepowtarzalny, bo mój, osobisty.
Nie ma jednej Ameryki. Każdy odkrywa ją i smakuje na swój własny sposób, mimo,że masz człowieku wrażenie,że ludzie wokoło widzą to samo co ty...
Warszawa. Okęcie. Czekamy na bagaże ( jest na pięcie, bo długo ich na taśmie nie widać) i walka z czasem. Muszę jak najszybciej dotrzeć na stację Metro Wilanowska, by zdążyć na nocny autobus do Wrocławia. Żegnam się z Jakubem i Piotrem niestety pośpiesznie, ale cała trójka wie, jak wiele nas połączyło wspólnych wrażeń ostatnich dni. Kuba kupuje mi jeszcze bilety do metra, ale spoglądam na zegarek i decyduję wziąć taksówkę, by nie spędzić tej nocy na warszawskim dworcu.
W małych, nocnych delikatesach kupuję coś do picia i paluszki, bo chyba brakuje mi soli. O kurczę- myślę sobie- dziwne uczucie rozumieć każde słowo ( nawet te, których nie koniecznie chce się słyszeć, jak klnącą jak szewc panią sklepową na zapleczu).
W autobusie podłączam telefon do prądu i melduję się przez fb wśród znajomych. Komentarzom nie ma końca i to już mi topi serce. Dzwonię do domu, do Karusi, z którą znowu się mijam. Ja wracam, ona wyjeżdża z chłopakiem na wakacje. Jak ja już za nią tęsknię! I głos mojego faceta- głęboki i ciepły, wspierający, czuły, stęskniony...
Zasypiam prawe natychmiast, zdążam jedynie nadmuchać podróżny rogalik pod głowę.
Budzę się co jakiś czas. Dogoniła nas burza. Mocna, gęsta, rozświetlona, mokra rzęsistymi kroplami.
Wrocław. Nasz poczciwy Wrocław. Mijam wzrokiem miejsca, z którymi wiążą się wspomnienia. Plac Grunwaldzki, Most Zwierzyniecki, Podwale. Wszytko jakieś takie w skali mikro, co pewnie was nie dziwi, ale niezwykle czułe. Gorące łzy lecą mi po policzkach.Uśmiecham się sama do siebie. Tęskniłam za tobą piękny Wrocławiu!
Na dworcu autobusowym czekam godzinę na autobus do Jeleniej Góry. I to nie jest już taka kolorowa historia. Wiecie już, że nie cierpię dworców. Nie dość, że burza i kapie na mnie przez szczeliny zadaszenia peronów, to zmęczenie, oszołomienie miesza się z lękiem, przed dziwnymi ludźmi na peronach. Niedopici koledzy całujący się i ściskający " Brachu, do ciebie to mam szacunek. Ty jesteś gość". Koleś w sandałach i białych skarpetkach proszący o papierosa, jakaś starsza pani niespełna rozumu, krzycząca, szlochająca z całym dobytkiem na plecach i w zdezelowanym wózku.
Trzecia rano. Poczekalnia zamknięta, toaleta zamknięta. Dworzec wyautowanych, szaleńców i pijaków. Czuję się tu jak intruz wkraczający na czyjeś terytorium.
Wreszcie jadę, trasą, której nie lubię- przez Przełęcz Kowarską. Kierowca szaleje po drodze ( przynajmniej tak mi się wydaje) i myślę sobie:" Anka, dałaś radę w samolocie, ale teraz to nie przeżyjesz kolejnego zakrętu!"
W Jeleniej Górze odbiera mnie Grzesiek, mąż mojej kuzynki Ani. Jak to cudownie, bo nie miałabym jak wrócić i siedziałabym na dworcu do dziesiątej.
Grzesiek pyta- Opowiadaj, jak tam w Ameryce?- oj, jak tu opowiedzieć w kilku słowach, myślę sobie. Więc strzelam słowami chaotycznie, próbując opowiedzieć wszystko na raz.
Dom mamy. O wiedzę, że trawa już się rdzawi wypalona i śliwki węgierki spadają z drzew przed domem.
Całuję mamę bardzo mocno i ostatkiem sił padam do łóżka. Sen, dobry sen. Wtulam się w pościel pachnącą domem, wciągam nozdrzami zapach powietrza pełnego ozonu po burzy pomieszanego z aromatem dojrzałych gruszek. Zapadam się na długie godziny. Nie potrafię się wybudzić. Nie rejestruję przychodzących sygnałów sms-ów. Budzi mnie dopiero dzwonek telefonu, kiedy po raz któryś z rzędu próbuje dodzwonić się do mnie Michał.
- Śpisz Perełko jeszcze?
Mówię w zwolnionym tempie, jakby wszystko się działo w równoległej czasoprzestrzeni.
Schodzę na dół, mama czeka, żeby mi zaparzyć kawę. Robi konfitury śliwkowe. Zabrakło jej kilku słoików. Jadę do sklepu, kupuję słoiki. Wracam.
Rozmawiamy długo. Moja mama jest niezwykła. Tak dużo wie o świecie i tak bardzo nas wszystkich kocha.
W salonie czeka na mnie butelka czerwonego Chianti i migdałowe ciasteczka cantuccini. Prezent z Toskanii od Kasi i Grześka.Jak mi miło.
Wracam do domu. Muszę jakoś wrócić do siebie. Jutro idę da pracy i już wiem,że tyle na mnie czeka spraw, rozmów, decyzji do podjęcia. Aż się boję jutrzejszego dnia.
O! Wreszcie otworzyli plac zabaw na moim osiedlu, ale balkon jeszcze nie wyremontowany, niepotrzebnie zabrałam z niego wszystko.
Wtacham walizkę na czwarte piętro. przekręcam klucz w drzwiach. Mój azyl. Azyl w kolorze ecru.
Na stole bukiet kwiatów i miłosny list. Płaczę już tak głośno,że sąsiedzi już wiedzą pewnie,że wróciłam.
Lodówka włączona, wypełniona smakołykami, które uwielbiam. Wszytko misternie zaplanowane, z uczuciem i troską. Jakie to miłe, że ktoś o nas tak intensywnie myśli, troszczy się, kocha...
Prysznic. Długi prysznic. Na ramieniu zauważam siniaka od noszenia aparatu fotograficznego praktycznie non stop.
Chyba działa na mnie jet lag, bo słaniam się po domu. Od tutora Zdzisława drogą facebookową otrzymuję pyszny, fantastyczny koncert nowojorski Andre Rieu. Rozczulam się i koncertem i cudownymi sms-ami Michała. Zasypiam.
Wieczorem powoli, powoli wracam do życia, ale wszystko dzieje się w spowolnionym tempie.
Przez cały dzień nic nie jadłam. Chce mi się pić.
Dokręcam się, dostrajam. Chyba wszystko w porządku w naszej Polsce. W tv po raz kolejny leci " Jak rozpętałem drugą wojnę światową". Czyli wszystko bez zmian. Jest ok.
Świat się nie zmienił, kiedy mnie nie było. Na świecie nie ma pustych miejsc.
Z Piotrem i Jakubem długo rozmawialiśmy o tym, czy nasze życie jest tylko dziełem przypadku, czy mamy na nie wpływ, czy nasze życie jest zaprogramowane?
Lubię myśleć, że nic nie dzieje się ot tak. Wierzę, że to przemyślany plan. I te siły, które mają wpływ na nasze życie, pomagają nam ten plan realizować- czasem pomagając nam świadomie ( wg nas) dokonywać wyborów- czasem, sprawiając nam miłe, lub mniej mile doświadczenia, zadziwienia.
Nie przepadam za literaturą Paulo Coelho, jego patetycznie powtarzanymi uniwersalnymi mądrościami, które zna każdy, ale nie mogę odmówić sobie jego jednego zdania, które ciągle do mnie powraca:
"Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie."
Nie marzyłam o Ameryce. Panicznie boję się podróżować samolotem. Więc myślę sobie cały czas: po co mi to doświadczenie? Po co to wszystko, czego nie potrafię racjonalnie jeszcze usystematyzować, przeanalizować, nazwać. Doświadczam je na razie wszystkimi zmysłami. Sercem, a nie rozumem. Intuicją, radością, zadziwieniem, lękiem.
Ten blog będzie miał teraz charakter retrospektywny. Słowa się we mnie kłębią, buchają, łączą się w zdania, zlepki myśli. Opiszę wszystko, co jeszcze się we mnie buzuje.
Cofnę się myślami wstecz,ale nie będzie to przecież daleka droga wstecz.
I pewnie ma to podtekst psychologiczny, dzięki temu, jeszcze przez jakiś czas będę w Ameryce, jak u siebie!
Jestem bardzo bardzo poruszona faktem, że tylu ludzi z wielu stron świata ( tak przynajmniej pokazują statystyki ) czyta mojego bloga. Szczególnie dziękuję za wspierające mnie do pracy komentarze stałych czytelników, również na moim profilu na facebooku. Tyle miłych słów, tyle serdeczności. Dziękuję Kochani!
Ps. W ostatni dzień pobytu w Nowym Jorku zjadłam wreszcie kultowego, klasycznego hot-doga z typowej, ulicznej budki. Co tam jednego- zjadłam jeszcze jednego, pełnego dodatków: cebuli, ogórkowych pikli, marynowanej chilli i musztardy w obleganym barze, w którym podczas zamówienia podaje się swoje imię i urządzenie (pewnego rodzaju paeger), który wibruje i świeci diodami alarmując, że twoje zamówienie jest już do odbioru.
Pytacie o smak? No cóż...
Zdradzę wam w sekrecie- znalazłam mnóstwo innych, intrygujących smaków Ameryki i nie zawaham się ich opisać.
Don't cry for me America! Wrócę! Wrócę, jeśli nie w tym, to w następnym życiu!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz