poniedziałek, 27 sierpnia 2012

The Door. Powiernicy tajemnic














































Tak więc pierwszego dnia, kiedy zostaliśmy w Nowym Jorku we trójkę,  umawiamy się bezpośrednio z Elizabeth Hoagland, Supervisor i Talent Search na wizytę w The Door, organizacji wspierającej odkrywanie talentów w Harlemie.
Umówiliśmy się na dziesiątą rano, więc resztki pizzy z wieczora zjadamy w pośpiechu w metrze, nie starczyło nam niestety czasu na gorącą kawę.
Całe szczęście znamy już drogę ( znaczy się chłopaki znają,świetnie się orientują w terenie), więc wpadamy przed drzwi minutę przed umówionym czasem.
Czekamy chwilę i obserwujemy miejsce. Centralnie przed nami siedzi na podwyższeniu strażnik w uniformie i okularach. Co chwilę ktoś wchodzi przez metalowe bramki korzystając z karty magnetycznej, zapisuje swoje przybycie w zeszycie strażnika.
Patrzę przez szybę i widzę dwie czarne dziewczyny ze słuchawkami na uszach. Jedna z nich siedzi, a ta druga   pokazuje jej kroki jakiegoś układu choreograficznego. Pierwsza w lot kuma, co co chodzi koleżance i wnet powtarzają sekwencję już we dwie zagarniając dla siebie przestrzeń korytarza. Jakiś blady bardzo chłopak w szerokich spodniach, wielkiej sportowej bluzie i bejsbolówce na głowie śpi na ławce przed wejściem z otwartymi ustami.
Czekamy chwilę. Po schodach schodzą do nas dwie dziewczyny. Poznana wczoraj Eliza z aparatem korekcyjnym na zębach i Member Services Supervisor- Bailey Huguley.
Dziewczyny zapraszają nas do stolika w wielkim holu, tuż za metalowymi bramkami, z którego wyłaniają się ściany pełne plakatów, kolorowych pracy i zamkniętych na klucz drzwi.
Bailey dopija jakąś lurę w plastykowym kubku z kawałkami lodu, więc przypuszczam, że to mrożona kawa ( jak ja bym się napiła gorącej kawy- rozmarzam się- i zaczyna mi się robić zimno, bo klimatyzacja włączona chyba na full).
The Door to organizacja zupełnie inna w funkcjonowaniu od tych, które widzieliśmy do tej pory.
Podczas naszej oficjalnej wizyty zapraszani byliśmy do miejsc, w których istotną rolę w budowaniu przestrzeni lokalnej, jej tożsamości, tkanki, życia odgrywają sami mieszkańcy.
Tu jest na odwrót. The Door działa od kilkudziesięciu lat nie dla społeczności lokalnej , ale dla wszystkich, którzy chcą z ich oferty skorzystać, pod pewnymi warunkami.
W organizacji pracuje ponad 160 pracowników ( w szczególności pracownicy socjalni, nauczyciele, superwizjorzy, lekarze, opiekunowie), do tego blisko 100 wolontariuszy .
Żeby korzystać z dobrodziejstwa The Door, trzeba mieć swoją specjalną kartę identyfikacyjną. Dla niektórych młodocianych to jedyny dowód na ich istnienie na świecie.
Wraz z otwieraniem kolejnych drzwi przez dziewczyny z the Door, nam otwierają się coraz szerzej oczy ze zdumienia, jak wielka jest to organizacja i jak doskonale, prężnie działająca na tak wielu płaszczyznach.
Tu nie ma mowy o jakimś ściemnianiu, jakimś powtarzanym "bla, bla, bla".
Tu codziennie po prostu pomaga się młodym ludziom przeżyć godnie dzień.
Trafiają tu zupełnie dobrowolnie, i codziennie są nowe przyjęcia. Imigranci, outsaiderzy, dzieciaki na gigancie, ćpuny, nieśmiali, utalentowani, bezdomni, także ci z prawem na bakier.
Czasami the Door to dla nich jedyna szansa, by nie zwariować, by po prosty coś zjeść, wyprać ubrania, przespać się.
Organizacja zajmuje się tak wieloma aspektami i problemami młodzieży, że aż trudno to w jednej chwili ogarnąć. Od tych najbardziej podstawowych- codziennie darmowy lunch, dach nad głową do wieczora, łaźnia, pralnia, lekarze różnych specjalności ( co jest niezwykłym ewenementem, bo w Stanach mało kto ma ubezpieczenie społeczne, zdrowotne).
Dostęp do pracowników zajmujących się problemami imigrantów. Do tego mediatorzy, superwizjorzy, współpraca z policją.
Doskonała opieka zdrowotna, społeczna, która daje im zalążek jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa i przynależności do grupy.
W The Door można brać udział w zajęciach eksperymentalnego na skalę krajową projektu edukacyjnego mającego na celu umożliwienie zdobycia wykształcenia na poziomie podstawowym. Wiele osób z jakiś, bardzo różnych zawirowań życiowych porzuca szkołę i tym samym zaprzepaszcza kolejne, życiowe szanse. W Stanach możliwe jest eksternistyczne podchodzenie do egzaminów wyrównujących wykształcenie, ale The Door idzie dalej- po prostu umożliwia  kontynuowanie  nauki szkolnej i przygotowuje do egzaminów.
Jest więc szkoła, są pracownie. Sztuki, ceramiki, studio muzyczne, studio taneczne z lustrami, studio nagrań. 
I drużyna koszykówki i sala sportowa, siłownia.I jeszcze mały ogródek, w którym hodują kwiaty, truskawki, pomidory. I zabawna pracownia języka angielskiego dla imigrantów, gdzie zamiast zeszytów i książek mnóstwo dziwnych rupieci, a języka uczą się przez interakcje np. przy budowie roweru z bambusa.
To jeszcze nie koniec: na samej górze- "wylęgarnia" talentów, która wspomaga młodzież w poszukiwaniu inspiracji, spełniania marzeń. Eliza jest właśnie koordynatorką programu wyszukiwania i wspierania talentów. Współpracuje nie tylko z młodzieżą, ale również z uniwersytetami, tak, by te talenty można było rozwijać w przyszłości.
Ostatnio organizacja brała udział w konkursie zorganizowanym na facebooku przez Lady Gagę. Zajęli trzecie miejsce w kraju! To był wielki sukces. Dzieciaki nie wygrały wprawdzie warsztatów z artystką , ale miały szansę być na jej koncercie.
W Stanach wyższe wykształcenie nie jest tak deprecjonowanie jak w Polsce. Nie mam mowy o "produkowaniu magistrów" w dziwnych, powstających jak grzyby po deszczu uczelniach.
Tutaj mało kogo stać na studia wyższe, to bardzo drogie hobby, które spłaca się później długimi latami. Więc jak ma się do tego przeciętny mieszkaniec Harlemu? Nieosiągalne.I wtedy wkracza The Door. Najpierw budzi marzenia, inspiracje a potem konsekwentnie prowadzi do celu. Wielu się to udało.
Organizacja nie selekcjonuje  młodzieży. To miejsce dla dzieciaków z całego Nowego Jorku, nie tylko z Harlemu. Pomoc dla wszystkich, bez względu na miejsce zamieszkania. Nie buduje się tu raczej tożsamości, identyfikacji z dzielnicą, ulicą, raczej samym magnesem jest poczucie bezpieczeństwa i sensu, jaki daje wspólnota The Door.Może przyjść każdy, kto wypełni ankietę, dostanie kartę członkowską, przegada swój plan z superwizjorem. Być może jest jeden najważniejszy warunek- nie można mieć więcej niż 21 lat. Co się dzieje potem? Trudno powiedzieć. Niektórzy wygrywają z życiem, inni nie.
Żeby mieć gdzie spać, zapisują się do specjalnego programu rządowego.
Nie oszukujmy się. Nie da się pomóc wszystkim. Nie da się uleczyć systemu. Zmienić rzeczywistości. Ale trzeba walczyć. I taką robotę wykonuje The Door.
Zastanawiam się w czym tkwi sukces tej organizacji. Po pierwsze to kompleksowe, bardzo rzetelne i profesjonalne podejście do problemów młodzieży, która dobrowolnie trafia do ośrodka, jeśli nie do szkoły to choćby po południu- rozwijając swoje talenty, albo jedząc jedyny (darmowy) posiłek dnia.
Po drugie tu nikt nie moralizuje, nie grozi paluszkiem, nie dzieli ich na "dobrych" i "złych". Dla pracowników The Door to po prostu ludzie, którzy potrzebują ich pomocy. Prawdziwej. Bez przegadywania.Czasami to akcja-reakcja. Sytuacje są bardzo trudne. Ktoś uciekł z domu, ktoś inny ma problemy  z prawem, jeszcze inny nieuregulowaną sytuację imigracyjną. Dziewczyna jest w ciąży, a jej partner nie ma gdzie spać.
Codzienność Harlemu. Codzienność Ameryki. Wizyta w The Door była dla mnie lekcją Ameryki, którą trudno spotkać na kolorowych ulicach Manhattanu.Pokazuje skalę zjawiska niezwykłej polaryzacji i kontrastów społecznych. 
Prawda jest taka, że gdyby nie The Door, i organizacje jej podobne wielu młodych ludzi żyłoby na ulicy bez pomocy. 
Niezwykle cenne jest to sprzężenie zwrotne. Jest ktoś ( a raczej rzesze ludzi), kto potrzebuje pomocy i ktoś, kto tą pomoc oferuje. Nikt nikogo nie ciągnie na siłę, nie moralizuje, nie naciąga na ideały, frazesy, wytarte slogany. Młodzież z The Door wie, że być może to dla nich jedyna szansa zejść z krawędzi z podniesioną głową.
Na początku, kiedy dziewczyny zaczęły nas oprowadzać po ośrodku spytaliśmy, czy można robić zdjęcia.
- Oczywiście- odparła Bailey i zawiesiła nieco głos- o ile oczywiście będziecie robić zdjęcia miejscom, nie ludziom.
Powiem szczerze, że się trochę zdziwiłam. Jakie obiekcje może mieć jakiś tam bezdomny chłopak w za dużych spodniach, czy latynoska piękność z burzą loków? Fotografowanie takich miejsc bez ludzi jest trochę bez sensu. To jak smakować czekoladę zza witryny kawiarni.
I teraz nastąpi puenta opowieści.
W The Door wypracowano ciekawą zasadę. Chyba najbardziej fundamentalną dla organizacji. Niezwykle kontrowersyjną, ale wpływającą na budowanie zaufania, bezpieczeństwa i dające nadzieję, przynajmniej światełko w tunelu...
Otóż członkowie organizacji zwierzają się ze swoich najskrytszych, najtrudniejszych sekretów, beznadziejnych spraw. Obnażają się ze swoich lęków, cieni, siadających im na ramieniu. Superwizjorom mówią to, czego nie są w stanie powiedzieć rodzicom. Co jest upokarzające, wstydliwe, nie do przejścia w samotności. Skąd ta odwaga? 
Z jednej strony wyczuwają intuicyjnie, że doszli do ściany. Że dalej już nic nie ma. Dalej jest tylko ulica z ławką przedzieloną podłokietnikami, tak, by nie mogli na niej spać. Że to być może jedyna szansa.
Z drugiej- wszystko to co zostaje powiedziane w The Door pozostaje tajemnicą. Nawet przed rodzicami. Zadaniem pracowników organizacji nie jest strzelanie dzieciakom "moralniaka", ale konkretna pomoc i tylko, gdy będą z nimi do końca szczerzy, jest szansa, by im pomóc. 
Tylko tyle. I aż tyle.
Zawstydziłam się.
Jak trudno być czasem człowiekiem dla chłopaka w za dużych spodniach. Jak łatwo schować się za obiektywem aparatu i nie widzieć tak naprawdę nic.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz