poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Tyle samo lądowań co startów Aniu :)

Waszyngton, kilka minut po 23 czasu lokalnego.Spoglądam na zegarek- u was jest po 5 rano. 
Wieczornym spacerem barwnymi ulicami kończymy drugi dzień pobytu w tym mieście. 
Zanim zacznę relacje z podróży, chciałabym prosić o wyrozumiałość. Po pierwsze okazuje się,że nie zawsze mam dostęp do internetu, po drugie przepraszam za literówki, czy drobne błędy. Wykorzystuję dosłownie każdą wolną chwilę, by wgrać zdjęcia, czy napisać tekst. Wszystko idzie jakby " na żywo"- teksty pisane 
z palca, a zdjęcia bez kadrowania. Sądzę, że ma to również swój urok.Mam nadzieję, że później dokonam korekty. 
Abyśmy wszyscy byli na bieżąco zacznę od początku.

Niedziela, 5 sierpnia 2012
Warszawa-Frankfurt- Waszyngton.
Dokładnie 50 lat temu Marilyn Monroe popełniła samobójstwo. Wtedy też była to niedziela. Taki zbieg okoliczności. Świtem zaczynamy drugi etap podróży. Ten najważniejszy.

Noc była bardzo krótka. Położyłam się spać ok. drugiej w nocy a budzik nastawiłam na 3.45. Zrywałam się co godzinę, zlana potem- raz, że było bardzo duszno, dwa- ciśnienie przed podróżą nie pozwalało mi na spokojny sen.
Teraz siedzimy już na lotnisku we Frankfurcie czekając na lot do Waszyngtonu. Dochodzi jedenasta przed południem, lot mamy o 12.30.
Odprawa na Lotnisku Chopina przebiegła w małym napięciu, ale płynnie. Zawsze jest pewien niepokój czy aby mamy paszporty, rezerwację, czy odprawa online zrobiona prawidłowo.
W dużym bagażu wiozę domowe pączki, które dla naszych tłumaczy przygotowała Aga Szelągowska. To ci będzie dla nich niespodzianka! Pączki z Polski z nadzieniem śliwkowym. I przy okazji my się załapaliśmy na pączki. Pączki o piątej rano na Okęciu. Pyszne, pachnące drożdżami, wanilią, z ciemnym, kwaskowatym nadzieniem.
Lot nie należał do przyjemnych, i chyba trudno mi będzie przechodzić do lotów obojętnie. Ale przyznam, że nie było tak dramatycznie jak za pierwszym razem. Pewnie to kwestia podróży w grupie. Dłonie nadal miałam mokre przy starcie, ale potem jakoś trzeba było zaakceptować ten dziwny stan w „zawieszeniu”. Udało mi się spojrzeć przez okienko, poczytać Rzeczpospolitą ze zrozumieniem.  Lot trwał półtorej godziny. Na pokładzie zjedliśmy śniadanie – bułka z szynką i papryką, prince polo i kawa jacobs.
Lotnisko we Frankfurcie, w porównaniu z Okęciem i pięknym lotniskiem we Wrocławiu wydaje mi się kurnikiem, zaniedbanym lekko. Wprawdzie wybór gazet, kawy i herbaty za darmo, ale ogólnie jakoś tak szaro i ponuro. Terminal nie pierwszej świeżości. Siedzimy i nabieramy energii, odreagowujemy poranny stres.
Piszę notatkę do bloga, zrzucam zdjęcia. Opublikuję je, kiedy będę miała dostęp do Internetu.
Kiedy wylądujemy w Waszyngtonie będzie ok. 15 czasu lokalnego, czyli w Polsce około 21 wieczorem.
Nasza grupa jest strasznie wesoła i cały czas prześcigamy się w błyskotliwych grach słownych., dykteryjkach, ciętych ripostach.  Ach ci ludzie od kultury! 

Waszyngton, 5 sierpnia 15.00 czasu lokalnego
Miasto wita nas dosłownie ścianą gorącego powietrza porównywalnego  z tym na krytym basenie. Przed lotniskiem czeka już na nas czarny " karawan" z zaciemnianymi szybami.
W drodze do hotelu słuchamy pierwszych uwag jednego z naszych tłumaczy- Wojtka, który bombarduje nas  informacjami, uwagami, sugestiami. To wszystko, o czym mówi,jest tak bardzo interesujące, że powoli odwracam uwagę od niemiłych dla mnie doświadczeń z samolotu.
We Frankfurcie mało nie spóźniliśmy się na nasz lot. Przez nieporozumienie przyszliśmy na odprawę w ostatniej chwili i już wywoływali nas przez megafon.W pośpiechu, w ostatniej chwili wparowaliśmy do potężnej maszyny samolotu. W rzędzie 9 foteli, dwa korytarze. Mnóstwo ludzi o różnych kolorach skóry. Szukamy swoich miejsc. Niestety nie siedzimy w jednej grupie, ale w sumie w niedużej odległości od siebie. Mamy się zatem na oku. Silniki ryczą, a we mnie miesza się podekscytowanie podróżą z wielkim lękiem.
Siedzę koło Jakuba i to on niestety będzie obserwował moje reakcje na stres. Zapinamy pasy. Stewardzi tam i z powrotem szybkimi krokami mijają się na samolotowych uliczkach.
Standard samolotu  nieporównywalny z poprzednimi. Każdy ma swój ekran, na którym może oglądać filmy do wyboru, obserwować lot na nawigacji lub posłuchać muzyki, która mu odpowiada. Mamy też do dyspozycji poduszkę i koc w jednorazowych opakowaniach.
Od razu czuć, że to potężna maszyna. Nie mogę uwierzyć, że takie metalowe cielsko potrafi wzbić się w powietrze, a co dopiero unosić się tam przez dziewięć godzin! Te dziewięć godzin będzie dla mnie koszmarem prawie nie do udźwignięcia. Koszmar podróży mam wymalowany na twarzy jeszcze długo po lądowaniu. 
Co jakiś czas wyświetla się sygnał,że trzeba zapiąć pasy i wtedy praktycznie odchodzę od zmysłów, wiję się na fotelu, nie pomaga nawet zamykanie oczu, bo turbulencje czuć organicznie. Sytuacja ta powtarza się kilkanaście razy. Czuję, że zaraz zwariuję. Że ten lot to raczej kara niż nagroda. Że kiedy zginę, to ludzie powiedzą " I po co to jej wszystko było? Widzicie, jak skończyła? Warte to tego zachodu?".
Godziny dłużą się coraz bardziej i nie pomaga ani tv, ani muzyka, a zerkanie na stan lotu jeszcze bardziej wzmaga histerię, bo ciągle widzę nasz samolot nad wielką plamą Atlantyku, zawieszoną między kontynentami. 
Obsługa dwoi się i troi i muszę przyznać,że ciężką mają robotę. W ciągu tych 9 godzin dostajemy dwie przekąski z napojami (raz precle, raz chipsy, zimna kanapka) i ciepły lunch: sałatka, bułka i do wyboru lasanie lub kurczak z warzywami. Do tego ciastko, masło, musztarda. 
Boli mnie już głowa i mam ochotę otworzyć okno i po prostu urwać się z tej imprezy po angielsku. Czuję się zakładnikiem, bez prawa wyboru.
Moja nieobiektywna ocena sytuacji (czytaj: lęk paniczny) sięga zenitu przy lądowaniu. Mam wrażenie,że kiedy obniżamy pułap, to samolot macha skrzydłami i korpusem jak odlatujący na południe wielki ptak, który nerwowo przyspiesza, by dogonić swój klucz.
Nie wytrzymuję, bo już moje dyplomatyczne i krygujące zachowania przegrywają z odruchami Pawłowa. Nakładam na głowę bluzę, zaciskam mocno uszy, chwytam nerwowo Jakuba za rękę. I krzyczę. Najzwyczajniej w życiu krzyczę,ku zdziwieniu i politowaniu innych pasażerów. Koledzy liderzy ratując resztki mojej godności mówią, że tego nie słyszeli, ale to nie prawda. Słyszał to pewnie sam kapitan samolotu.
Przejście przez bramkę biura imigracyjnego idzie nam nadspodziewanie szybko. Nastawialiśmy się na jakieś niemiłe sytuacje problemowe, a tu kilka pytań, odciski palców i już jesteśmy " pod drugiej stronie lustra" jakby powiedziała Alicja w Krainie Czarów.























Hotel Renaissance bardzo klimatyczny. Pierwsze chwile w recepcji dzielimy na zakwaterowanie, słuchanie nieustannych uwag tłumaczy i odreagowanie podróży. Czuję się bardzo zmęczona, rozbita, oszołomiona.
Wchodzę do pokoju i mam ochotę rzucić się na łóżko. Tylko nie wiem właściwie które, bo w naszych jednoosobowych pokojach są dwa wielkie łoża. Do tego wielki telewizor i wielkie, piękne lampy. Pokój staje się ukojeniem po podróży. Może i popłakałabym sobie,żeby odreagować stres, ale starcza czasu na szybki prysznic, bo zaraz wyruszamy na popołudniowy spacer po Waszyngtonie.
W hallu hotelu dostajemy program wizyty. To już nie jedna kartka, ale prawdziwa książka- o nas, o miejscach, które zobaczymy i osobach ( organizacjach), które odwiedzimy. Program wypełniony każdego dnia do wieczora. Niestety wyczytuję, że do Pittsburgha i Nowego Jorku będziemy lecieli samolotem. Moje Ja protestuje- nieeeeeeeeeeee!
Na spacer zabiera nas Val Chlebowski- doświadczony tłumacz. Po przez stalowe chmury oglądamy piętrzące się w chmurach budynki.W powietrzu wisi burza, która nas dopadnie, kiedy zdecydujemy się wracać.
Oglądamy miejsca, budowle, które ogląda pewnie każdy turysta w Waszyngtonie.
I dziwimy się. Coś nam mówi,że ta biała rezydencja, przy której stoli dość pokaźny tłumek musi być interesująca. I ten biały domek okazuje się być Białym Domem. Zabawne, bo w tv wygląda na o wiele większy i robi bardziej prestiżowe wrażenie. Mijamy po drodze pomnik Kościuszki i kilka jeszcze rządowych budynków. 
Wracając do hotelu zahaczmy o McDonalds, bo bardzo chce nam się pić, a wszystkie sklepy już zamknięte.
 To było ciekawe doświadczenie. Wzbudziłyśmy w lokalu zainteresowanie. Białe kobiety, a poza nami tylko lokalne żule. I konsternacja sprzedawców, bo nie mają w kasie pieniędzy, by wydać ze stu dolarowego banknotu.
Śmietankowy rożek tak wielki,że nie mam siły zjeść go do końca.
Przed hotelem znajduję kilkucentową monetę. Na pewno na szczęście!- myślę sobie.
Niektórzy, niestrudzeni podróżą robią wieczorny wypad na miasto. Ja marzę, by położyć się spać. 
Chcę jeszcze podłączyć się pod internet, by napisać kilka słów na blogu. Niestety nie mam połączenia i bardzo mnie to irytuje. Wgrywam zdjęcia. Wysyłam sms-y do najbliższych. Włączam tv i nie wiem kiedy zasypiam snem sprawiedliwego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz