Już pierwszego wieczora wyruszamy metrem w kierunku Soho. Czuję pewne
napicie, jest wieczór. My sami. Nieznana dzielnica. Obcy ludzie. Ale chęć
doświadczania i ekscytacja jest większa od strachu, szczególnie dla moich kolegów.
Wynurzamy się schodami metra na ulicę i zastajemy inną rzeczywistość.
Jest cicho, gdzieniegdzie tylko przechodzą ludzie.
Kuba prowadzi nas na Chinatown, już tutaj był z chłopakami z grupy.
Nawet, gdyby nas nie uprzedził, że to chińska dzielnica i tak nie byłoby
wątpliwości. Coraz węższe uliczki, czerwone , wielkie tablice na budynkach i
specyficzna stylistyka w witrynach sklepowych, często zaniedbanych i brudnych.
Drobni sklepikarze chowają swój towar, który w ciągu dnia eksponują na
ulicach. Rowery, riksze, coraz więcej ludzi.
I mnóstwo śmieci na ulicach. I to nie tylko na Chinatown. Generalnie
cały Nowy Jork tonie
w ulicznych śmieciach. Szczególnie nocą piętrzą się potężne wory- czarne,
białe, niebieskie konkurując miejscem z bezdomnymi, śpiącymi przeważnie w
grupach na ulicach.
Tylko w Central Parku nie widziałam śmieci. Zresztą, jeśli chodzi o ten
wielki park- jest non stop monitorowany przez policję i straż parkową. O
pierwszej w nocy park jest zamykany
i nie można w nim przebywać,
czytaj: spać.
Problem bezdomnych jest bardzo poważny w Stanach.
Któregoś razu zauważyliśmy, że ławki w mieście- na przystankach,
ulicach, skwerach,
w parkach i w metrze są poprzedzielanie poręczami i nie dlatego, byś
czuł, że siedzisz na jednoosobowym fotelu, podejrzewamy raczej, by bezdomni na
nich nie spali.
Wieczorami na ulicach spotykamy wielkie jak świerszcze karaluchy i nie
dotyczy to tylko peryferyjnych dzielnic. Tak było w centrum miasta również.
Szczury, wielkie, wyglądające z daleka jak jeże są codziennością i pewnie na
mieszkańcach nie robią już wrażenia.
Wróćmy na Soho.
Kuba prowadzi nas do kolejnej dzielnicy. Mała Italia pełna trattorii i
sklepików, przed którymi stoją stylizowane na antyczne kolumny, posągi,
fontanny.
Ludzie mówią po włosku i oblegają maleńkie stoliki.
Wchodzimy do jednego z lokli. Nie chcemy nic jeść, bo jesteśmy po
kolacji, ale chętnie napilibyśmy się
lampkę włoskiego wina za nową jakość naszej nowojorskiej przygody.
Kelnerzy uśmiechają się do nas, głośno zachęcają, byśmy usiedli.
Jeszcze nie zdążyliśmy dosunąć się na krzesłach do stołu, a tu na
blacie pojawiła się karafka z zimną wodą, talerze, sztućce i koszyk z białym
chlebem.
Zamawiamy dzbanek domowego wina, ale kelner wymusza na nas zamówienie
dań. Nie chcemy nic jeść- tłumaczymy. Oj, on już niezadowolony – widać to po
oczach. Wymachuje białą serwetką, którą
ma na ramieniu.
- Tak nie można- prawie krzyczy gestykulując zawzięcie- trzeba zamówić!
My jednak jesteśmy dzielni i nie dajemy się. Pozostajemy przy winie i
przez te pół godziny przy stoliku czujemy się jak intruzi.
Bo tak szybko, jak talerze wjechały na stół, tak szybko je nam zabrano,
bez celebracji
i w pośpiechu.
Rozmawiamy sobie, gadu, gadu, a kelner nie czeka nawet, żebyśmy wypili
wino i dolewa nam czerwony trunek do kieliszków w połowie jeszcze pełnych.
No tak, blokujemy stolik, a tylu chętnych klientów z kasą przed
drzwiami trattorii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz