Pittsburgh ma klimat. Pittsburgh ma to "coś" co uwodzi i turystów i mieszkańców. Miasto poindustrialne, w którym do lat 80-tych XX wieku nie koniecznie zabiegano o edukację, bo doskonałe profity mieszkańcom przynosiła stal. Dziś to zupełnie inne miasto, stawiające na implanty, potężne szpitale i wyspecjalizowaną produkcję hi-tech.
My zobaczyliśmy Pittsburgh między klasyką a nowoczesnością. Pyszne szklane wieżowce, dumę z drużyny baseballowej, teatry, kina, filharmonię, niezwykłe, gigantyczne w rozmiarach, kolekcji i działaniach edukacyjnych muzea. Muzeum Sztuki i Muzeum Naturalne.
Wczorajszy dzień wcale nie wyglądał tak, jak go sobie zaplanowaliśmy. Festiwal sztuki afrykańskiej okazał się maciupkim festynem z kilkoma kramami z biżuterią i kolorowymi szmatkami i zachęcająco pachnącymi straganami z jedzeniem. Muzyka mechaniczna w tle. Wprawdzie widać było przygotowujących się afrykańskich bębniarzy, ale nam szczerze mówiąc szkoda było czasu. Przypadkiem zupełnie dotarliśmy do Fort Pitt Muzeum, gdzie oprócz wystawy był pokaz w konwencji epoki gotowania oryginalnych potraw.
W porze lunchu szwendaliśmy się cudownie po uliczkach miasta i było nam zupełnie dobrze.
W planach był także ogród botaniczny, ale nie dotarliśmy tam. Za to za sprawą lobbyngu Ali Dębowskiej ( naszej cudownej pani kierowniczki muzeum od folklorystycznych ręczników) trafiliśmy do potężnego muzeum.
Trudno by opisać wszystko co widzieliśmy, bo spóźniłabym się pewnie na samolot, ale w delektowaliśmy się sztuką i architekturą od czasów Imperium Rzymskiego po Andy Warhola.
W muzeum obok ( które przestrzenią właściwie się przenikały) zaglądaliśmy w szczęki dinozaurom.
Wieczór zaś przebiegł bardzo sympatycznie i zgodnie z planem ( przynajmniej dla mnie). W czterech grupach spędziliśmy go w domach prywatnych obywateli Pittsburga, którzy nas specjalnie na ten sobotni wieczór zaprosili. Nie wiem jak inne grupy spędziły ten wieczór, bo jeszcze się nie widzieliśmy, ale myślę, że mogą z tego powstać cudne opowieści, bo gościli nas : dyrektorzy, właściciel kasyna, agent ubezpieczeniowy, przedsiębiorca, producent filmów azjatyckich.
Nasz wieczór spędziliśmy na 24 piętrze wieżowca z widokiem na panoramę trzech rzek.
To była kolacja w gronie klasy średniej. Ona- Susane- jest dyr TRUST, agencji zajmującej się promocją kultury, on- Denis- przedsiębiorca handlujący elementami stalowymi.
Było bardzo sympatycznie, kolacja wyborna- z winem, kryształowymi kieliszkami, krewetkami i wołowiną podaną na ...bolesławieckiej kamionce.
Denis z pochodzenia jest Chorwatem, a Susane Polką.
Co najwspanialsze w tej opowieści. Nasi gospodarze od 25 lat przyjmują takich gości jak my! Pytałam o ich motywację i odpowiedź była prosta jak drut- lubimy ludzi i lubimy poznawać nowe kultury!
Wieczorny spacer ulicami Pittsburgha był jak marzenie. Oświetlone pięknie mosty ( ponoć więcej ich niż w Wenecji ), gorączka sobotniej nocy. Fajerwerki...
Cóż, to koniec naszej przygody z Pittsburghiem, za moment wylatujemy do Nowego Jorku. Lunch zjemy już na Manhattanie.
ps. obalam mit dotyczący czeków podróżnych- mamy poważne kłopoty z posługiwaniem się nimi. Jak na razie mogliśmy ich użyć, tylko płacąc za hotele.
Do zobaczenia w Nowym Jorku kochani!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz