wtorek, 14 sierpnia 2012

Cotton Club.Harlem.Bronx

Poniedziałek
Siedzę na Wall Street i parzę język gorącą jeszcze owsianką z orzechami i świeżymi, soczystymi wiórkami kokosowymi.
W głowie wczorajszy wieczór w NYC przewija się jak niekończące się fajerwerki.
Ale dzisiejszy dzień będzie zupełnie inny, 
Najpierw z krewkim jegomościem w sile wieku, irlandzkiego pochodzenia wędrujemy po mieście śladami historii afroamerykanów. Robimy to niestety w zabójczym tempie i pełnym słońcu, tak,że opowieści sięgające czasów holenderskich żeglarzy wydają się nam nie mieć końca.
Potem dość długa podróż busem w dzielnice wszystkim znane z opowieści o gangsterach, hip-hopie, czarnym półświatku. Mijamy Cotton Club ( uwielbiam ten klimat ). Odczarowany. Bo wygląda jak niepozorny, zaniedbany biały budynek. I tylko tyle. Pewnie w środku to dopiero jest klimat.
Nasz latynoski kierowca Mani o skrzeczącym, donośnym głosie niczym żaba czy papuga ma ambicje być naszym przewodnikiem po mieście. Nie daje dojść do słowa naszym interpretatorom i kiedy Wojtek próbuje nam coś powiedzieć na temat dzielnicy, Mani wcina się bez pardonu. Mam wrażenie,że nawet boczy się na Wojtka, czując,że mu odpiera całe show.
Harlem. Bronx to nie ten sam New York co sercu miasta. Zdegradowane ulice, domy, postindustrialny horyzont. Klimatem trochę przypomina trochę polskie, cygańskie dzielnice. 
Wysiadamy w kilku miejscach- oglądamy The Studio Museum na Harlemie i The Point Community - to już akurat Bronx.
Zupełnie dwa światy. Dwie Ameryki.Koegzystujące. Nie wiem czy w dialogu.
Odczuwamy miejsce i jest napicie w nas. Zawieszone między szybą busa a ulicami czarnej kultury. Czasem czuję się, jakbyśmy objeżdżali jakiś cyrk, zoo.Pstrykam zdjęcia bez zastanowienia, bo wiem,że każde z nich,. czy będzie dobrej jakości czy nie i tak niesie ze sobą niezwykłej siły przekaz.
Na ulicach gwarno, ludzie skupiają się przed swoimi domami. dzieci grają w piłkę, starzy siedzą na schodach, zdezelowanych krzesełkach. Obserwują świat. 
Reklamy, billboardy krzyczą po hiszpańsku. 
W jakimś dzielnicowym parku ryczy radio z salsa cubana, a ludzie siedzą przy grillu. Dzieciaki cieszą się kroplami wody w betonowym basenie imitującym statek. To pewnie tyle mają z wakacji i lata.
Daję małemu dzieciakowi o pięknych oczach i białych zębach dolara a on te zęby do mnie szczerzy do zdjęcia i pozuje. Całuje banknot z radością mówiąc " mój wspaniały przyjaciel!".
Wracamy do hotelu, dosłownie na 15 minut i kierujemy się w stronę Grand Zero. Przejmujące doświadczenie. Opiszę je wieczorem, bo warto. 
A dziś startujemy z ostatnim dniem programu i to zaraz, o ósmej.



















































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz