środa, 8 sierpnia 2012

go with the flow,go with the flow...














































Poddaję się za życiem, które mnie tu wciąga. Idę, patrzę, wciągam w nozdrza. Zbieram dane, ale jeszcze ich nie przetwarzam. Czuję się jak nomad kultury. Badacz z wyostrzonymi zmysłami.
Mimo,że program naszej wizyty jest bardzo dynamiczny i ciągle przemieszczamy się z miejsca na miejsce, po tych 3 dniach wypracowałam już sobie pewien system. W dzień całkowicie poddaję się światu, który wokół mnie rozbrzmiewa niezliczonymi niuansami, kolorami i zadziwieniami, Gdy tylko dotrę do hotelu, odpalam laptopa, próbuję łączyć się z interenetem. Kiedy biorę szybki prysznic po podróży, wgrywają się zdjęcia. Czasami nie starcza mi już sił na nocne pisanie, więc puszczam na fb w świat tylko zdjęcia, by świtem otulić je słowami. To intrygujący myślę support te albumy zdjęciowe, bo zaciekawienie rośnie, a rano mogę je skomentować. Nie obrabiam ich, zbytnio nie segreguję, to rzeczywista relacja tego, co przez cały dzień obserwuję w tym zadziwiającym nie na każdym kroku kraju.
Bardzo tęsknię za bliskimi, czuję się tu jak na zupełnie innej planecie. Kulturowej, mentalnej, wizualnej. Nawet zapachy są inne i czasem kolor nieba...
Dzięki internetowi mogę dyskretnie obserwować, co dzieje się w moim domu kultury. Kiedy oglądam zdjęcia z animacji, po prostu uśmiecham się do siebie i mówię BINGO! Anka! O to własnie chodziło! Nie wypytuję jednak, jak sobie radzą, bo znacie tą zasadę: pracownik tak na prawdę w roku ma zawsze dwa razy urlop- swój własny wypoczynkowy i drugi raz, kiedy na urlop idzie szef :)
Kiedy tylko mogę  w ciągu dnia za pomocą wi fi w telefonie komórkowym odbieram pocztę i czytam wasze komentarze. Serce mi bije wtedy tak mocno, bo organicznie wręcz czuję,że mnie wspieracie i jesteście ze mną. Wielu z was pisze, że czujecie się tak, jakbyście podróżowali razem ze mną. Czyż to nie wspaniałe? Jestem cała zachwycona!
Wiem, wiem. Rozczarowałam was. Minął trzeci dzień a ja nic nie piszę o amerykańskich hot-dogach. Mam nadzieje, że wszystko przed nami. Jak na razie program jest tak napięty, że nie pozostaje czasu na swobodne szwendanie się po mieście. Chyba,że nocą, czego nie praktykuję codziennie. Wierzę,że uda mi się zjeść hot-doga w Nowym Jorku, tym bardziej, że ostatnie pięć dni mojego pobytu będzie poza głównym programem. Wtedy to szwendać po ulicach będziemy do woli, a może i kasy zostanie tylko tyle, by żywić się hot dogami, kto wie?
Wczoraj napisałam, że Washington zwany jest popularnie CZEKOLADOWYM MIASTEM.Nawet nie zdawałam sobie sprawy do tej pory jak bardzo Washington jest miastem przepaści i kontrastów. Widać to na każdym kroku i my tego doświadczamy świadomie lub mniej świadomie, kiedy się przemieszczamy w przestrzeni miejskiej, zaglądając w skrajnie różne miejsca i spotykając ludzi z dwóch waszyngtońskich światów. 
Z jednej strony to pyszne, potężne, klasyczne gmachy sektora rządowego- Pentagon, Biały Dom, Parlament, biurowce sięgające po szczyty i zawłaszczające przestrzeń miejską otoczone zadbanymi plantami, parkami, latarniami. Nie chcę krzywdzić Waszyngtonu, ale trudno było mi poczuć jakiś specyficzny klimat, prócz respektem dla architektonicznej harmonii i wielkości. Nie miałam okazji zobaczyć miasta tętniącego życiem, większość porusza się jednak samochodami, komunikacją miejską. To to "correct" strona miasta.. Ta druga, jest myślę o wiele bardziej intrygująca, niepokojąca, niejednoznaczna.
Oficjalnie mówi się,że 49% populacji Washingtonu stanowią afro-amerykanie. Rzeczywiście miałam wrażenie, że biali ludzie byli w mniejszości. Większość naszych prelegentów w tym mieście stanowili afroamerykanie. I to w różnych kompilacjach- na rannym spotkaniu w Meridian Center wbici w garnitury, na ulicach zaś zwykli, przeciętni obywatele. W większości bez większych perspektyw życiowych, powielający styl życia rodziny. 
Mieliśmy okazję usłyszeć i doświadczyć jak stara się prowadzić bardzo różne programy mające na celu wyrównywanie szans, wspomaganie tej znaczącej grupy obywateli w rozwoju, uświadamianie im ich praw obywatelskich, zachęcanie do partycypacji społecznej, wreszcie -najbardziej może dosłowne i przyziemne- ale niezwykle ważne- zapewnianie im dostępu do prawników, lekarzy, edukacji, kultury. I tu pojawiła się wczoraj wśród nas niezwykle pasjonująca , żywa i znacząca refleksja rozpoczynająca burzliwą dyskusję wśród nas - liderów. Na ile takie programy są w stanie zmienić istniejący porządek rzeczy, Z jednej strony programy fundacji The Humanities Council of Washington, które przyznają granty na projekty oparte na idei nauk humanistycznych- czytanie z dzieciakami np. " Zabić drozda" ( pobudzanie świadomości obywatelskiej) - program LIVE TO READ, z drugiej budowanie " szklanych domów kultury"- gdzie zwykły obywatel  może wystawić swoją amatorską sztukę na wypasionej, profesjonalnej scenie za wyjątkowo promocyjną cenę tysiąca dolarów. Może teraz bardzo uogólniam, ale taka nasza refleksja się narodziła. Na ile te programy są partycypacyjne, tworzą je sami ludzie, którzy sami chcą zmienić swoje życie, a na ile ktoś stara się ich wyciągać z marginesu na siłę? To było tylko kilka spotkań, kilka obserwacji, nie mam absolutnie kompetencji i zapędów oceniania, dzielę się jedynie refleksją.
Zwróciliśmy również uwagę, czy aby w tej poprawności- tych zacnych programach, projektach, inicjatywach nie powiela się schematów dotyczących fokusowania, polaryzacji, budowania nowych, pięknych, ale jednak szuflad, które nie służą integracji kultur, różnorodności , dialogowi, a raczej mamy wrażenie,że hermetyzują środowiska, które zamykają się na swoje przestrzenie mentalne, kulturowe, religijne? Pytanie pozostawiam otwarte, bo zbyt mało jeszcze widziałam, a już mi się dobijają do drzwi,ze czas na śniadanie i walizkę trzeba wyprowadzić na spacer do kolejnego miasta!
Koniecznie muszę napisać o zupełnie innym zjawisku, które wczoraj obserwowaliśmy- tytuł roboczy- Fabryka torped w służbie społeczności lokalnej. Wrócę do wątku wieczorem, choć wiem,że i dzisiejszy dzień będzie niezwykle bogaty w spotkania, obserwacje, doświadczanie inności.
Ps. w każdym domu, domku, oknie wisi dumnie amerykańska flaga, zaś do każdego dania dodają tonę chipsów, dziwiąc się, że ich nie jemy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz