sobota, 18 sierpnia 2012

Nowojorski subway. Schodami w górę. Schodami w dół



Przez cały czas pobytu w Stanach schemat mojej pracy był prosty: od rano do późnego popołudnia  program oficjalny wizyty, a potem wspólny wieczorny lunch. Wpadałam do pokoju hotelowego, podłączałam do ładowania to, co ze sprzętu wymagało najszybszego wsparcia energii: albo laptop, albo telefon komórkowy, albo bateria do aparatu fotograficznego. A często było i tak, że musiałam wstawać w środku nocy, by w miarę podładować wszystko na następny dzień.
Wieczorami wrzucałam zdjęcia na facebooka, a rano, kiedy wstawałam koło szóstej rano- pisałam komentarz na blogu.
Teraz warunki diametralnie się zmieniły. Nie mam dostępu do Internetu jakbym sobie tego pragnęła, i rano tylko wrzucam parę słów, korzystając z uprzejmości Jakuba.
Czuję się z tym niezręcznie, jakby taflą oddzielona od świata. Codziennie robię kilkaset zdjęć z nadzieją, że to co widzę ja, zaciekawi również i was.
Niestety, muszę się dostosować do warunków, a zdjęcia po prostu wrzucę już po przylocie do Polski.
Więc z jednej strony standard życia nieco nam się w Nowym Jorku obniżył- nie ma już śniadań hotelowych, codziennych gazet, Internetu, darmowej kawy, jabłek i słodkich przekąsek za darmo, ale wiecie co? Mam wrażenie, że te ostatnie dni spędzamy intensywniej, w sensie: bliżej tętniącej życiem ulicy, bliżej ludzi pędzących do lub z pracy.
Nie uważam, oczywiście, że któryś ze światów jest lepszy czy gorszy, są po prostu zupełnie inne i do fantastycznie, że mogłam doświadczać aż tylu.
Odkąd nasza główna część grupy wyjechała, pożegnaliśmy się z programem, naszymi tłumaczami nie poruszamy się już po mieście busami ani taksówkami.
Metro nowojorskie, jego życie jest fascynujące. Kuba w lot połapał, co i gdzie. Teraz po prostu- chcemy jechać na Soho? Nie ma problemu. Do centrum na zakupy? Proszę bardzo.
Te podziemne życie miasta mnie fascynuje. Od wejścia czuć, że widziało już niejedną historię. Na mapie wygląda jak szkielet wieloryba, gęsto podzielony odnogami. Schody w górę i w dół. W prawo i w lewo. Każda stacja ma swój niepowtarzalny klimat zaznaczony interesującym muralem czy mozaiką na ścianie.
Schodząc schodami w dół uderza fala gorącego powietrza wymieszana ze spalinami i zapachem ludzi. Korytarze. Nazwy kierunków i stacji. Strzałki.
Przed samym wejściem metalowe bramki z czytnikiem biletów.
Warszawskie metro wydaje mi się przestronne, te nowojorskie jest ciemne, duszne i węższe.
Uwielbiam te podróże, bo można podczas nich bezkarnie obserwować ludzi. Jesteśmy na siebie nawzajem skazani.
Piękne, smukłe jak antylopy czarne kobiety ozdobione gigantycznymi kolczykami, w kolorowych sukniach, sukienkach, sari. Albo wręcz przeciwnie- karykaturalnie grube. W klapkach na nogach i koronkowych, opinających ich sylwetki topach. Także z mnóstwem biżuterii: na nogach, dłoniach, uszach.
Czarne kobiety i czarni mężczyźni wyróżniają się misternie upiętymi fryzurami- tak wymyślnymi, że mrużę oczy ze zdziwienia i mam ochotę uwiecznić to na zdjęciu. Chodzące okazy sztuki ulicy.
Siadam na żółtym, czy pomarańczowym krzesełku kolejki i co widzę? Białych, czarnych, latynosów, skośnookich, hindusów, arabów w turbanach, rudych Irlandczyków i żydów w jarmułkach na głowach, z pejsami po bokach i dużych, czarnych kapeluszach/
To wszystko wymieszane ze sobą. Rasy się mieszają. Nacje się mieszają. Kolory, smaki, zapachy. Angielski, hiszpański, włoski, niemiecki, rosyjski, jidysz, czasem polski. I wiele innych, których nie potrafię zidentyfikować.
Pasażerowie metra. Znużeni codziennością, podekscytowani spotkaniem, zadowoleni z zakupów. Z papierowym kubkiem latte , zestawem papierowych toreb z Victoria Secret, Macka, Gapa.
Starsi czytają.. Książki, gazety codzienne, czasopisma, a nierzadko ebooki. Młodzi generalnie słuchają muzyki z małymi, białymi słuchawkami lub gigantycznymi krążkami na uszach.
Chyba są zobojętnieni na siebie. Raczej nie zwracają uwagi, jak wygląda towarzysz podróży trzymający się tej samej metalowej rurki. Ot, wszedł, przejechał kilka stacji i wysiadł. Nie warto pewnie zapamiętania.
Ja jednak nie mogę wyjść z podziwu. Pożeram mich wzrokiem. I razem, jako kolorowy barwny tłum i każdego z osobna, jak tą młodą czarnoskórą kobietę z ostatniej podróży w zwiewnej bluzce w kolorze fuksji, potężnych ozdabianych  świecidełkami kolczykach. To jeszcze nie wszystko- kobieta miała kruczoczarny, błyszczący warkocz, misternie zapleciony, który rozpoczynał się na samym czubku głowy, a kończył w okolicach kolan. Nie mogłam sobie odmówić zdjęcia. Jeden strzał migawki. Mam to. I dostojnych Żydów na zdjęciach mam i jeszcze jedną czarnoskórą kobietę, któryby biustem mogła zgnieść orzechy niczym Danuśka z Krzyżaków, gdyby oczywiście chciała te orzechy gnieść…I jeszcze i jeszcze i jeszcze…
Ps. Na każdej praktycznie stacji koncert na żywo w wykonaniu ulicznych artystów, którzy taki znaleźli sobie sposób na życie. I na każdej stacji inny rodzaj muzyki- tu chłopak z akustyczną gitarą śpiewa ballady, piętro wyżej, po prawej stronie koncert na cymbałach, a dwie stacje dalej dwie młode dziewczyny śpiewają operowym głosem.
Widziałam ich dzisiaj wszystkich, bo tak się złożyło, że wracaliśmy z zakupów z centrum miasta z co najmniej czteroma przesiadkami.
Czuję się doskonale mogąc obserwować ludzi. Patrzę, patrzę i, jeśli tylko jestem na danej stacji dłużej niż minutę obmyślam w głowie historie, którymi obdzielam napotkanych bohaterów nowojorskiego metra…

















































































1 komentarz:

  1. Wyobrażam sobie tę dziewczynę z biustem w roli dziadka do orzechów! Przydałby mi się taki w mojej kuchni, bo ja orzechy łupię na co dzień...
    Bardzo pobudzające są Twoje impresje nowojorskie, Aniu! I ten warkocz do kola i cymbały - piękna mozajka. Opublikuj te opowieści prawdziwe, a czytelnicy będą zachwyceni. Za zamówię kilka egzemplarzy!

    OdpowiedzUsuń