Przez cały czas
pobytu w Stanach schemat mojej pracy był prosty: od rano do późnego
popołudnia program oficjalny wizyty, a
potem wspólny wieczorny lunch. Wpadałam do pokoju hotelowego, podłączałam do
ładowania to, co ze sprzętu wymagało najszybszego wsparcia energii: albo
laptop, albo telefon komórkowy, albo bateria do aparatu fotograficznego. A
często było i tak, że musiałam wstawać w środku nocy, by w miarę podładować
wszystko na następny dzień.
Wieczorami wrzucałam
zdjęcia na facebooka, a rano, kiedy wstawałam koło szóstej rano- pisałam
komentarz na blogu.
Teraz warunki
diametralnie się zmieniły. Nie mam dostępu do Internetu jakbym sobie tego
pragnęła, i rano tylko wrzucam parę słów, korzystając z uprzejmości Jakuba.
Czuję się z tym
niezręcznie, jakby taflą oddzielona od świata. Codziennie robię kilkaset zdjęć
z nadzieją, że to co widzę ja, zaciekawi również i was.
Niestety, muszę się
dostosować do warunków, a zdjęcia po prostu wrzucę już po przylocie do Polski.
Więc z jednej strony
standard życia nieco nam się w Nowym Jorku obniżył- nie ma już śniadań
hotelowych, codziennych gazet, Internetu, darmowej kawy, jabłek i słodkich
przekąsek za darmo, ale wiecie co? Mam wrażenie, że te ostatnie dni spędzamy
intensywniej, w sensie: bliżej tętniącej życiem ulicy, bliżej ludzi pędzących
do lub z pracy.
Nie uważam,
oczywiście, że któryś ze światów jest lepszy czy gorszy, są po prostu zupełnie
inne i do fantastycznie, że mogłam doświadczać aż tylu.
Odkąd nasza główna
część grupy wyjechała, pożegnaliśmy się z programem, naszymi tłumaczami nie
poruszamy się już po mieście busami ani taksówkami.
Metro nowojorskie,
jego życie jest fascynujące. Kuba w lot połapał, co i gdzie. Teraz po prostu-
chcemy jechać na Soho? Nie ma problemu. Do centrum na zakupy? Proszę bardzo.
Te podziemne życie
miasta mnie fascynuje. Od wejścia czuć, że widziało już niejedną historię. Na
mapie wygląda jak szkielet wieloryba, gęsto podzielony odnogami. Schody w górę
i w dół. W prawo i w lewo. Każda stacja ma swój niepowtarzalny klimat
zaznaczony interesującym muralem czy mozaiką na ścianie.
Schodząc schodami w
dół uderza fala gorącego powietrza wymieszana ze spalinami i zapachem ludzi.
Korytarze. Nazwy kierunków i stacji. Strzałki.
Przed samym wejściem
metalowe bramki z czytnikiem biletów.
Warszawskie metro
wydaje mi się przestronne, te nowojorskie jest ciemne, duszne i węższe.
Uwielbiam te podróże,
bo można podczas nich bezkarnie obserwować ludzi. Jesteśmy na siebie nawzajem
skazani.
Piękne, smukłe jak
antylopy czarne kobiety ozdobione gigantycznymi kolczykami, w kolorowych
sukniach, sukienkach, sari. Albo wręcz przeciwnie- karykaturalnie grube. W
klapkach na nogach i koronkowych, opinających ich sylwetki topach. Także z
mnóstwem biżuterii: na nogach, dłoniach, uszach.
Czarne kobiety i
czarni mężczyźni wyróżniają się misternie upiętymi fryzurami- tak wymyślnymi,
że mrużę oczy ze zdziwienia i mam ochotę uwiecznić to na zdjęciu. Chodzące
okazy sztuki ulicy.
Siadam na żółtym, czy
pomarańczowym krzesełku kolejki i co widzę? Białych, czarnych, latynosów,
skośnookich, hindusów, arabów w turbanach, rudych Irlandczyków i żydów w
jarmułkach na głowach, z pejsami po bokach i dużych, czarnych kapeluszach/
To wszystko
wymieszane ze sobą. Rasy się mieszają. Nacje się mieszają. Kolory, smaki,
zapachy. Angielski, hiszpański, włoski, niemiecki, rosyjski, jidysz, czasem
polski. I wiele innych, których nie potrafię zidentyfikować.
Pasażerowie metra.
Znużeni codziennością, podekscytowani spotkaniem, zadowoleni z zakupów. Z
papierowym kubkiem latte , zestawem papierowych toreb z Victoria Secret, Macka,
Gapa.
Starsi czytają..
Książki, gazety codzienne, czasopisma, a nierzadko ebooki. Młodzi generalnie
słuchają muzyki z małymi, białymi słuchawkami lub gigantycznymi krążkami na
uszach.
Chyba są zobojętnieni
na siebie. Raczej nie zwracają uwagi, jak wygląda towarzysz podróży trzymający
się tej samej metalowej rurki. Ot, wszedł, przejechał kilka stacji i wysiadł.
Nie warto pewnie zapamiętania.
Ja jednak nie mogę
wyjść z podziwu. Pożeram mich wzrokiem. I razem, jako kolorowy barwny tłum i
każdego z osobna, jak tą młodą czarnoskórą kobietę z ostatniej podróży w
zwiewnej bluzce w kolorze fuksji, potężnych ozdabianych świecidełkami kolczykach. To jeszcze nie
wszystko- kobieta miała kruczoczarny, błyszczący warkocz, misternie zapleciony,
który rozpoczynał się na samym czubku głowy, a kończył w okolicach kolan. Nie
mogłam sobie odmówić zdjęcia. Jeden strzał migawki. Mam to. I dostojnych Żydów
na zdjęciach mam i jeszcze jedną czarnoskórą kobietę, któryby biustem mogła
zgnieść orzechy niczym Danuśka z Krzyżaków, gdyby oczywiście chciała te orzechy
gnieść…I jeszcze i jeszcze i jeszcze…
Ps. Na każdej
praktycznie stacji koncert na żywo w wykonaniu ulicznych artystów, którzy taki
znaleźli sobie sposób na życie. I na każdej stacji inny rodzaj muzyki- tu
chłopak z akustyczną gitarą śpiewa ballady, piętro wyżej, po prawej stronie
koncert na cymbałach, a dwie stacje dalej dwie młode dziewczyny śpiewają
operowym głosem.
Widziałam ich dzisiaj
wszystkich, bo tak się złożyło, że wracaliśmy z zakupów z centrum miasta z co
najmniej czteroma przesiadkami.
Czuję się doskonale
mogąc obserwować ludzi. Patrzę, patrzę i, jeśli tylko jestem na danej stacji
dłużej niż minutę obmyślam w głowie historie, którymi obdzielam napotkanych bohaterów
nowojorskiego metra…
Wyobrażam sobie tę dziewczynę z biustem w roli dziadka do orzechów! Przydałby mi się taki w mojej kuchni, bo ja orzechy łupię na co dzień...
OdpowiedzUsuńBardzo pobudzające są Twoje impresje nowojorskie, Aniu! I ten warkocz do kola i cymbały - piękna mozajka. Opublikuj te opowieści prawdziwe, a czytelnicy będą zachwyceni. Za zamówię kilka egzemplarzy!