Pittsburgh , drugi wieczór
Nie jest tak źle w tym hotelu Marriott. Wprawdzie śniadanie nie wliczone w cenę, ale zdradzę Wam pewien sekret. Da się tu przeżyć. Takie ptaszki jak ja dadzą radę. Wprawdzie woda butelkowana poza zasięgiem moich możliwości finansowej ( czytaj: nie dajmy się zwariować!), ale za to w hallu hotelu rano do dyspozycji darmowa kawa i zielone jabłka, codzienna gazeta czeka i dwa pulpity z internetem. Czego mi trzeba więcej do szczęścia, tym bardziej, kiedy nie zdążam już nic kupić, przed wyjazdem na spotkanie, bo pisanie bloga zajmuje mój każdy poranek.
Z Anią Osiadacz robimy również rekonesans na naszej ulicy i znajdujemy kilka zwyczajnych sklepów. Ponieważ mamy w tym mieście spać aż cztery noce kupujemy sobie produkty na na kolejne śniadanie.Ja marzę, by zjeść naturalny jogurt, ale wiecie,że marzenia nie koniecznie się spełniają. Gdybym tak marzyła o czterdziestu gatunkach chipsów, lub dwunastu gatunkach słodkich napojów w szesnastu rodzajach pojemników, to pewnie sen by się spełnił, a tak wychodzę ze sklepu z jogurtem waniliowym , paczką naturalnych migdałów i batonami muesli.
Jest wieczór, a ja jeszcze nie mogę odreagować po Potworze Mięsnym, którego tu pieszczotliwie nazywają hamburgerem. Oj mój organizm długo go jeszcze zapamięta i jestem tego pewna- kiedy tylko stanę w pobliżu przybytku z takimi smakołykami włączy się alarm niczym w fantastycznym, amerykańskim wozie strażackim.
Brakuje mi owoców, warzyw sprzedawanych ot tak na ulicy. W sklepie też ich nie było.
Śmialiśmy się dzisiaj rano z tych jabłek, bo stwierdziliśmy,że i w hotelu Marriott realizuje się rządowy projekt. Jaki?
Otóż nasz tłumacz Wojtek opowiadał nam dwa dni temu o nawykach żywieniowych amerykanów, szczególnie afroamerykanów mieszkających na obrzeżach miast. Otóż dzieci nie znają na co dzień smaku jabłek, pomarańczy, bananów. Jedzą je na tyle sporadycznie, że ich kubki smakowe odbierają je jako coś osobliwego, kwaśnego, niesmacznego. Żywią się fast foodami- chipsami, frytkami, burgerami. Więc z tego powodu raz w tygodniu na dzielnicę podjeżdża furgonetka, żeby mogli sobie owoce i warzywa kupić świeże, bo takich nie uświadczą w swoich marketach, a i też z przyczyn wielu, nie pojadą do innej dzielnicy po to tylko by kupić worek pomarańczy.
Za chwilę, chyba całą grupą wyruszamy w miasto. Będzie to coś w rodzaju Pittsburgh by Night. Biorę zatem jabłko do ręki, do drugiej aparat fotograficzny i torebkę z czekiem podróżnym i w drogę! W drogę panno Anno :)
ps. a Wam wszystkim,życzę miłej nocy i jeszcze milszego wstawania rankiem.
Moim rankiem napiszę Was, co nas w mieście uwiodło, a co...nieco rozczarowało...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz