Jakże inne emocje, zamknięte na dojmującej przestrzeni. W poniedziałkowy wieczór dochodzimy do miejsca Nowego Jorku, które wstrząsnęło światem. Nowe wieże Grand Zero widać już z daleka. Jedna jeszcze nieskończona. Dwie błękitne tafle szkła odbijające się w swoich obliczach. Po całej kakofonii kolorów, muzyki, smaków Times Square, gdzie ludzie cieszą się życiem i chwil Grand Zero wyzwala we mnie głębokie pokłady ciszy. Tak. Ciszy. Mnóstwo ludzi, a jednak cisza . Nikt nie biega, nie śmieje się głośno. Ludzie fotografują się na tle wież, ale to zupełnie inne zdjęcia niż przy Wielkim Guziku, witrynie Armaniego czy budce z hot dogami.
Uderzyła mnie prostota tego miejsca. Dwie proste wieże, szklane muzeum (jeszcze w budowie) i kwadratowe, kamienne proste baseny na miejscu WTC. Na brzegach, jak na pomnikach wyryte proste litery. Nazwiska. Tysiące imion i nazwisk. I szumiąca nieśpiesznie woda po ścianach basenów wpływająca do wnętrza głęboko, głęboko jak do przepaści, nicości, nieśmiertelności.
Patrzę wokoło i nie potrafię ogarnąć wyobraźnią tego, co stało się tu kilkanaście lat temu. Jak to możliwe?
Czułam się bardzo dziwnie. Wyobcowana, ale też w jakiejś specyficznej wspólnocie tego miejsca. Z tą szumiącą wodą szepczącą imiona: Clarisa, Bruce, Susane, Tom...
Woda szemrała, a serce pękało mi na wszystkie te krople spadające na granitową ziemię.
Kiedy rozum śpi, budzą się demony ;((((
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz