Środa, 15 sierpnia 2012
W Polsce święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, a tu, w NYC
dzień, jak co dzień. Tłumy ludzi na ulicach, gwar, klaksony samochodów,
przecinające się rzeki żółtych taksówek.
Materiały w płóciennych torbach z logo naszej wizyty studyjnej
wykorzystane i rozdane co do jednej.
Walizka spakowana, i po raz kolejny z przykrością musiałam zrezygnować
z masy map, folderów, przewodników, które i my otrzymywaliśmy na spotkaniach.
Zostawiłam naprawdę te, które mnie zainspirowały.
Już mi zaczyna brakować moich towarzyszy. Właśnie większość z nich
odjechała na lotnisko. Jutro w południe będą już w Warszawie. Co tu dużo kryć.
Zżyliśmy się ze sobą przez te 10 dni. Tyle emocji i praktycznie cały czas razem
na niekończących się rozmowach i żartach.
Program wizyty był niezwykle napięty. Ze spotkania na spotkanie. Busem,
taksówką, pieszo. Przeważnie od dziewiątej rano do piątej, szóstej po południu.
Potem bardzo krótki reset i wieczorem wypady na miasto by zobaczyć jak najwięcej.
Uwielbiałam te chwile, kiedy opadaliśmy resztkami sił na drewniane
krzesła w Cafe Diuke. To dość spore delikatesy z klimatem i jedzeniem na wagę.
Coś jak Cynamon we Wrocławiu przy Uniwersytecie Przyrodniczym, tylko trochę
większy wybór.
Przy makaronie z warzywami, humusie i szpinaku odreagowywaliśmy cały
dzień.
A nasze emocje przekształcały się w dyskusję o tym co zobaczyliśmy, co
nas urzekło, a co było raczej słabe.
Spotkań, miejsc, ludzi, zdziwień było sporo i pewnie będę te opowieści
kończyć już po powrocie do Polski, bo marzę, by umknęło mi z tej podróży jak
najmniej.
Kiedy wczoraj, przy pożegnalnej kolacji w brazylijskiej knajpce Wojtek
spytał o nasze faworyty tej podróży, nie potrafiłam się jeszcze zdecydować.
Myślę sobie, że nawet te doświadczenia i
miejsca, które nie mieściły się w mojej estetyce, nie były mi bliskie,
ważne stały się w szerszym kontekście.
Zmieniły, przewartościowały moje patrzenie na świat i ludzi. Takie
doświadczenia bardzo mnie inspirują i przypominają, że tyle jeszcze o świecie
nie wiem, tyle mogę podpatrzyć.
Tak naprawdę, co miejsce to niezwykła historia, ludzie i przestrzeń. Mało
było takich spotkań, na których stwierdziłam „ szkoda czasu kobieto, wyskocz
lepiej na ulicę
i popatrz na świat przez wizjer aparatu”. Ale nie da się ukryć- były i
takie momenty.
Co uderzyło nas od samego początku to sposób finansowania działalności
kulturalnej.
Zarządzanie muzeami, teatrami, agencjami artystycznymi, komunami, animującymi
przez kulturę lokalne społeczności.
Większość z nich to organizacje, instytucje non profit, fundacje.
Dodajmy- w większości przypadków te NGO są świetnie zarządzane. Utrzymują się z
grantów, sponsorów ,
w najmniejszym stopniu z pomocy powiatowej, stanowej czy federalnej.
To było dla nas na początku dość szokujące, odnosiliśmy wrażenie, że
państwo małą wagę przywiązuje do działań kulturalnych.
Otóż system ten ma swoje mocne i słabe strony. Państwo w prawdzie
bezpośrednio nie finansuje sektora kultury, ale system podatkowy bardzo mocno
promuje udział obywateli
w sponsoringu.
I co ważne, i przed czym przestrzegał nas Mr. Robert Baron, Council on
the Arts
(NYSCA)- nie da się tego modelu przeszczepić na grunt europejski tak po
prostu. Amerykanie wypracowali sobie ten system przez kilkadziesiąt lat, a
podejście do idei sponsoringu i do potencjalnych darczyńców to długofalowy
proces oparty na wzajemnym zaufaniu
i budowaniu więzi społecznych a nie na prymitywnym przekazie „ Masz pan
dużo kasy, to wspieraj pan kulturę”. W Ameryce bardzo dużą rolę przykłada się
do lokalnego kontekstu, ale również do podejścia ekonomicznego-wywierania
wpływu działań kulturalnych na ożywienie nie tylko społeczne ale i gospodarcze.
Dumę z przynależności do miejsca, budowanie wspólnej przestrzeni dzielnicy,
ulicy, miasta, wymiernych korzyści finansowych.
Ostatnie nasze oficjalne spotkanie dotyczyło budowania partycypacyjnego
budżetu miasta czy dzielnicy. I mimo, że byliśmy tak bardzo już zmęczeni,
słuchaliśmy
z zafascynowaniem.
To rzecz zupełnie nowa, również i dla mieszkańców Nowego Jorku. To
drugie, po Chicago, miasto w USA, które taki budżet wprowadziło. I to dopiero
od dwóch lat. Nowatorskie zupełnie podejście, nastawione na rzeczywiste
potrzeby mieszkańców
i długofalowy proces.
Czy wiecie, że każdy radny w radzie miejskiej dysponuje budżetem, a nie
tak jak u nas- do budżetu podchodzi się globalnie, co w rzeczywistości oznacza
silny wpływ na budżetowanie działalności miasta nie tylko przez radę, ale i
przez burmistrza.
Prace (choć to trwa naprawdę miesiącami) nad budżetem w sposób
partycypacyjny pozwalają mieszkańcom mieć wpływ na rzeczywistość. I nie tylko
krytykować poczynania samorządu, ale wyraźnie go zmieniać.
Jestem pod wielkim wrażeniem i uznaniem dla pracy fundacji i
stowarzyszeń, które zajmują się animacją społeczną poprzez kulturę, wpływając w
rzeczywistości na jej rozwój a często
i zmieniając złe nawyki, złą
sławę dzielnicy.
Tak działają w większości organizacje, które mieliśmy szansę odwiedzić
w Waszyngtonie, Annapolis, Alexandrii, Pittsburgu, Nowym Jorku.
Co powiecie na muzeum, którego główną misją jest obok organizacji
wystaw, przydzielenie grantów na działania edukacyjne dla mieszkańców
zdegenerowanych ulic. I to są nie tylko warsztaty artystyczne dla dzieci organizowane w muzeach, ale aktywizowanie mieszkańców
w ich miejscach. Na ich ulicach, obok ich domów.
Tak działa Queens
Museum of Art. Mało tego, że współpracuje jeszcze z innymi muzeami
z miasta na rzecz promowania sztuki imigrantów i dobrej klasy artystów
z różnych stron świata, to jeszcze prowadzi warsztaty, granty dla studentów i utrzymuje
społeczny dom kultury w dzielnicy Corona. Kuratorzy wystaw mówią w tak
zaskakujących językach jak bengalski na przykład. A wspomniany dom kultury
prowadzi jedna
z artystek. Zajęcia są tak proste jak życie tych ludzi. Uczą się pisać
CV, zdrowo gotować, uprawiać sporty czy rozwijać artystyczne pasje.
Lubią mówić o swojej pracy- wspieramy międzynarodową sztukę lokalną.
Na Queensie, jak się dowiadujemy, mówi się obecnie co najmniej 138
językami świata. Niektórzy powiadają, że to jedna z najbardziej fascynujących
dzielnic NYC, bo tak bardzo zróżnicowana kulturowo, etnicznie, religijnie,
mentalne. To niesie ze sobą duże zagrożenie, konflikty, ale też duży potencjał.
Piszę dziś dużo, bo to chyba, żeby zagłuszyć tęsknotę za najbliższymi i
za przyjaciółmi, którzy zaraz odlatują z Nowego Jorku.
Napięte plany się skończyły, przed nami zupełnie inna przygoda w Nowym
Jorku.
Plan jest taki;
Zostałam ja, Piotrek Koziol i Kuba Jakubowski, który jako jedyny z nas
mówi po angielsku.
Chłopki ogarnęli nam hotel. No, nie jest to standard, jaki zafundował
nam Departament Stanu, ale damy radę.
Cztery noce spędzimy w hotelu naprzeciwko Central Parku. Nie ma tu
luksusów, Internet płatny, w lobby na dole darmowe wi-fi, ale ja mam problemy z
moim komputerem, by połączyć się bez kabla. Mam jednak nadzieję, że co jakiś
czas uda mi się skorzystać z komputera Kuby.
W niedzielę wylatujemy do Polski. Sama jestem ciekawa, co nas tu przez
te kilka dni czeka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz