sobota, 11 sierpnia 2012

Sztuka współczesna, uffffff, "It's All About ME, Not You"!
















































"Jest dokładnie tak, jak myślisz że jest. A kiedy zaczniesz myśleć inaczej – będzie inaczej." Piotr Plebaniak
Nie wiem już jaki jest dzień tygodnia , jaki dzień miesiąca. Jestem na tyle przytomna, by pamiętać,że mamy sierpień.Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Coś wydawało mi się duże, a tak na prawdę jest...gigantyczne! Co znajome, oswojone- zupełnie nieznane, a piękno miesza się z brzydotą i kiczem.
Czuję się w tym barwnym, niejednoznacznym świecie doskonale! Różnorodność-zachwyca i potęguje moją ciekawość. 
Wczesnymi rankami wstaję, by pisać, zjeżdżam windą w dół i wracam na moje piąte piętro z kubkiem kawy i zielonym jabłkiem. Potem włóczymy się kulturalnie po dużych miastach, miasteczkach, dzielnicach, uliczkach. Wizjer aparatu jest moim okiem, a uchem mały, dyskretny mikroport połączony do mikrofonu tłumacza. Późnym popołudniem lub wieczorem wpadamy do hotelu, by tylko się odświeżyć i jak słusznie zauważyła Ania Osiadacz- pobyć samemu ze sobą, choć przez chwilkę. Wieczorami robimy wypady na miasto, by przy kieliszku wina i desce serów, czy butelce piwa i potężnej kanapce napakowanej wołowiną i frytkami (sic!) pobyć ze sobą, pośmiać się, przegadać dzień- nasze refleksje, zadziwienia, fascynacje, rozczarowania.
Moja grupa Towarzyszy jest ABSOLUTNIE fantastyczna! Każda postać to tryskające humorem, ciętą ripostą i błyskotliwą inteligencją Indywiduum i jest nam ze sobą na prawdę dobrze! 
I nasi Itnerpretatorzy- coś niesamowitego! Nie miałam pojęcia, jadąc tutaj, kto będzie naszym tłumaczem. A oni- Trzej Muszkieterowie nie tylko doskonale wywiązują się ze swojej roli- są na prawdę profesjonalistami, ale również niezrównanymi kompanami podróży, komentatorami życia w USA. Dzięki ich osobowościom nasza podróż nabiera jeszcze innego wymiaru. Każdemu z nich nadaliśmy już pseudonim, ale pozostawiamy to dla siebie, bo być może dorwą kiedyś tego bloga,hahhahhaha...Są tak wyraziści i fantastyczni, że aż korci mnie, by ich sportretować, ale się hamuję.
Zacytuję tu kolegę tutora Krzysztofa Gorczycę:" ot, taki z nas Polsko Amerykański Squat Kultury"
Są momenty, że czuję się jak potężny PeCet do którego non stop spływają informacje. Mnóstwo informacji, zdjęć, zapachów, kolorów, smaków. I teraz ważne, by poukładać je jakoś sensownie, w jakieś grupy, pliki, zarchiwizować i być może przetworzyć, opatrując refleksją. 
A może to wszystko nie potrzebne? Może trzeba się po prostu dać ponieść i niczego, absolutnie niczego nie próbować zrozumieć i wytłumaczyć? Napawać się, karmić zmysły,cieszyć się chwilą, w świadomości,że  być może to tylko i prawdopodobnie taki bonus od życia. 
Jak zawsze dyplomatycznie wybieram balans pomiędzy. 
A wczoraj doświadczyłam tylu zadziwień, że podążając stylistyką informatyczną w pewnym momencie myślałam,że mi się kable popalą i zawiesi system!
Rano było bardzo klasycznie i bardzo sympatycznie. Znaleźliśmy się w starym, pięknym budynku dworca kolejowego- w Pittsburgh History and Landmarks Foundation na West Station Square. 
Nie wiem co było pyszniejsze dla mnie- piękny, chyba wiktoriańskim stylu odrestaurowany budynek dworca, który swego czasu przeznaczony był do wyburzenia, czy opowieść o tym, jak buduje się tożsamość miejsca, przynależność do lokalnej wspólnoty i dumę z bycia mieszkańcem właśnie tego miasta. Z błyskiem w oczach i sercem wielkim opowiadała o przedsięwzięciach fundacji ms.  Louise Sturgess. Piękna blondynka o ciepłym spojrzeniu, w którym mieszkało przekonanie,że to co robi jest fascynujące i niezwykłe dla obywateli Pittsburgha. I my to kupiliśmy. Ta opowieść mas po prostu uwiodła: spójną logicznie misją, konsekwentnie realizowaną strategią i absolutnie doskonałą ścieżką edukacyjną programu. Otóż dzieci poznają Pittsburgh, utożsamiają się ze swoim miastem po przez poznawanie starych, zabytkowych budowli, mostów, ciągów architektonicznych. Oglądają je, rozpoznają style, w jakich zostały zaprojektowane, ich historie. Na ich przykładzie uczą się matematyki, geometrii, rysunku, historii sztuki. To nie wszystko- same projektują, personifikują detale architektoniczne, którymi się zachwyciły, piszą wiersze. Fundacja dba, by znalazły się pieniądze na rewitalizację zabytkowych budowli, ale również, by dzieci ( ich rodzice, rodziny) poprzez ich historię poznawały historię miasta , identyfikowały się z nią, budowały nie tylko tożsamość, ale i dumę z przynależności do tego miejsca, dzielnicy, miasta. DOSKONAŁE!
Z wiktoriańskiej przestrzeni jak za pomocą czarodziejskiej różdżki ( czy guzika w aplikacji komputerowej) przenieśliśmy się do zupełnie innej przestrzeni miasta. Wąskie, kolorowe, trochę zaniedbane domy. Schodki, drewniane drzwi z kołatką, ornamenty, czasem w oknach firany, a czasem deski, którymi zostały zabite.
Trafiamy do byłej, wielkiej fabryki materacy- od dobrych kilku dziesięciu lat przerobionych na " ogród sztuk". To enklawa dla współczesnych artystów. Niezwykle ceniona w środowisku. W potężnych loftach twórcy dostają przestrzeń, w której po prostu tworzą. Ich dzieł sztuki praktycznie nie da się zobaczyć w innych miejscach, bo najczęściej staje się ona integralną częścią tego miejsca. 
Po Mattress Factory na Sampsonia Way oprowadza nas mr. Michael Olijnyk, którego rodzina pochodzi ze Lwowa. O możliwość kreacji w tym miejscu rokrocznie ubiega się 600 artystów z całego świata, a szansę otrzymuje zaledwie 6 z nich.
Zwiedzamy kolejne piętra i kolejne instalacje. 
Robi się coraz dziwniej i dziwniej...
Jedno jest pewne dla mnie. Moża nie rozumieć sztuki współczesnej, ale nie można wobec niej przejść obojętnie. Nawet skrajna negacja jest przecież reakcją. 
To całkowite zaprzeczenie tego, co nam siedzi w głowach. Poukładanego, uporządkowanego świata. W takich miejscach przestajesz wierzyć, że cokolwiek wiesz o naturze człowieka, jego kondycji. I zastanawiasz się, jak daleko człowiek może jeszcze dojść, do jakich pokładów własnego Ja się dokopać?
Wystawę odebrałam bardzo emocjonalnie, może dlatego,że tak rzadko ze sztuką współczesną obcuję. Odczuwałam skrajne emocje. Dość powiedzieć,że wstrząsnęła mną,rozśmieszyła, zaszokowała, wprowadziła niepokój. 
Był nawet taki moment, że bałam się wejść do kolejnej sali, by zobaczyć instalację w ciemności...
Tchórz ze mnie wiem, ale tu chodziło chyba o coś więcej. Uruchomiły się we mnie jakieś pokłady niezidentyfikowanej, nienazwanej wrażliwości, emocji, lęków...
To trzeba zobaczyć samemu. Ale to nie tylko wrażenia wizualne. To przeżycie.
Całe szczęście odnajduję zdanie, które jest tytułem wstrząsającej zresztą wystawy Greer Lankton, która zrobiła kopię swojego mieszkania. Artystka już nie żyje, a mieszkanie to, jego wystrój koresponduje z okresem, kiedy Greer przechodziła proces zmiany płci. Wstrząsające.
Ale wracam do zdania- tytułu wystawy. Tytułu, który mnie uratował przed szaleństwem.
"It's All About ME, Not You . Ufffff, odetchnęłam z ulgą.....
ps. potem byliśmy w Muzeum Andy Warhola, ale pozwolicie, że poświęcę mu osobny wpis na blogu.
Teraz zmykam na festiwal sztuki afrykańskiej, a wieczorem proszona kolacja u obywateli Pittsburgha . To się zapowiada niezła sobota, prawda?


1 komentarz:

  1. Aniu nawiązując do informatycznej konwencji - przetwarzaj w chmurze, nie musisz systematyzować wszystkiego, zrobisz to wtedy gdy będzie to potrzebne. teraz po prostu rejestruj :-)

    OdpowiedzUsuń