piątek, 10 sierpnia 2012

SUP SEGA we Wsi Warszawa na 10 pietrze wieżowca Pittsburgha

Zastanawiam się, co musi się takiego zadziać, by osiągać sukcesy? Pytanie tak retoryczne, że aż śmieszne, ale to refleksja po wczorajszym dniu.
Dzięki Departamentowi Stanu USA codziennie, niestrudzenie spotykamy się z przedstawicielami organizacji, instytucji, stowarzyszeń, które mają wyraźny wpływ na to, jak wygląda ulica, dzielnica, dystrykt. Doświadczamy tego w wysokich biurowcach , gdzieś na 24 piętrze, w teatrach, galeriach, kawiarniach artystycznych, sklepach, na skwerach i miejscach, które wyglądają jak polskie wiejskie świetlice ( tyle,że przed remontem z europejskich środków). Nasi bohaterowie to czarni i biali.Kobiety, mężczyźni. Młodzi, dojrzali,starzy. Urzędnicy, artyści, społecznicy, napotkani przechodnie.Jedni mają niesamowite pieniądze, inni jeszcze lepsze pomysły. 
Czy wystarczy mieć pieniądze, by coś zadziałało? Czy raczej nie są tak istotne, ważniejsze są idee, pomysły?  
Nikt nie stawia tak pytań. Ja też nie. To tylko taka gra.
To oczywiście splot różnych okoliczności. Miejsca, sytuacji, potrzeb, oczekiwań, presji, tradycji,kondycji finansowej, i tak dalej i tak dalej...
Wczorajsze doświadczenie coraz bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że tak naprawdę najważniejsi są ludzie, ich osobowość, nerw, który ich napędza, oczy, w których mieszkają ich emocje, lęki, sukcesy. . I to nie ważne czy sprzedają hamburgery, jabłka, czy piszą książki, stawiają mosty, wystawiają sztuki teatralne czy odnawiają meble, albo są przewodnikami po Pittsburghu czy tłumaczami polskiej grupy kulturalnej, która ciągle gada i gada i dziwi się na każdym kroku wszystkiemu.
Nawet nie idee są ważne. Człowiek. Każda idea ma "twarz". I kiedy brakuje osobowości, zaangażowania padają nawet najlepsze idee.
Wczoraj właśnie doświadczyliśmy skrajnych emocji. Trzy różne miejsca, trzy światy Pittsburgha. Jak to miasto zbudowane ze stali, na trzech rzekach.
Być może, to co napiszę  nie będzie się nadawało do przewodnika turystycznego, a ani wymuskanego folderka. Trudno. Obiecałam sobie i Wam, że będę szczera i zarejestruję Amerykę tak, jak ją widzę.
To co napiszę, chcę to bardzo mocno podkreślić, jest moim osobistym, pewnie emocjonalnymi subiektywnym odczuciem, do którego daję sobie prawo. Nie roszczę sobie jednak praw do uogólniania, wyciągania końcowych wniosków czy mówienia, jaka ta Ameryka jest naprawdę. To byłoby nadużycie i całkowita klapa. 
Do rzeczy, bo zaraz się spóźnię na spotkanie.
Rano pojechaliśmy kolejnym wynajętym busem na przedmieścia Pittsburgha ( to raczej maleńka miejscowość, jak nam tłumaczył Waldek, w Stanach nie przyłącza się ich do "miasta", jak np. obrzeży Warszawy- Janki, Łomianki itp.)
Wchodzimy do niepozornego budynku, od razu wbija się w nozdrza zapach kurzu pomieszany z ciepłym powietrzem. Głowna sala wygląda jak polska świetlica wiejska, jeszcze nie wypasiona europejskimi środkami. Maleńka scena na wprost, stoliki po bokach, w rogu drewniany, stary barek, na ścianach intrygujące obrazy- coś jak malarstwo ludowe. 
Wpinamy mikroporty, siadamy i czekamy na kolejny "wykład". I nagle- złoty strzał. Przed nami staje energiczna kobieta, która swoją osobowością zawłaszcza całą przestrzeń. Buzia jej się nie zamyka do końca spotkania, a jej sposób narracji pozwala podążać za jej autentyczną historią tego miejsca.
Ta kobieta to Patricia French, konsul honorowy Bułgarii w USA. 
Miejsce biedniutkie, ale widać w tym wszystkim pasję, wizję, chęci i wielkie zaangażowanie. Między oglądaniem strojów ludowych, starych ikon, typowej bułgarskiej kamionki kobieta dosłownie torpeduje nas swoją witalnością, energią, autentycznością.W godzinę poznajemy historię Bułgarii, Macedonii, historię bułgarskiej wspólnoty w Ameryce, jej historię rodzinną , zdominowaną przez wątek miłosny.
 Ten drewniany domek to najważniejsza, może i jedyna placówka promocji kultury Bułgarii i Macedonii. 
I pomysł na promocję niesamowity i jak się domyślacie-bardzo prosty. 60% wydatków na utrzymanie biblioteki, dzieł sztuki ( ok. 300 szt), zespołów ludowych i samej placówki utrzymują z gotowania zupy.
SUP SEGA! Tak nazywa się ten projekt. Raz w tygodniu, w sobotę gotują większą ilość bułgarskiej, typowej zupy, chyba w  14 smakach, odmianach i sprzedają ją z powodzeniem.
Patricię znają w mieście i wzbudza szacunek, dla pracy jaką wykonuje od lat dla społeczności bułgarskiej. Jej cioteczną prawnuczkę poznaje ( zupełnie przypadkowo) nasza Maria Daszko, chyba w sabwayu, kupując kanapkę na lunch. Znają ją również przedstawiciele innych organizacji, których spotykamy tego dnia...
No właśnie. Teraz nie będzie tak kolorowo...Ale postaram się, by choć trochę było dyplomatycznie.
Gdzieś w sercu Pittsburgha, w jakimś wieżowcu na 10 piętrze spotykamy się w maleńkim pokoiku ( wynajętym na nasze spotkanie) z przedstawicielami polonii amerykańskiej. Cóż...Ten wynajęty pokoik to cała metafora tego doświadczenia. Po spotkaniu wyszłam jakaś taka poirytowana, nabuzowana, trochę zniesmaczona. Doceniam wszystko, co starają się robić dla kultywowania polskości w Stanach, mam jednak wrażenie,że w tym pokoiku stanowiliśmy zupełnie dwa różne światy, dwie Polski. Trochę uogólniając- oni- zespół Mazowsze, my - zlepek niszowych inicjatyw kulturalnych, które stanowią o naszej identyfikacji lokalnej, tożsamości. My animatorzy, oni -impresariat sprawdzonych, sformatowanych, przewidywanych : produktów kulturalnych Polki". Żałuję, że piszę w opozycji: MY-ONI. Tak jakoś wyszło,że zaczęliśmy się nawet licytować, a nasza rozmowa przyjęła znamiona konfrontacji. Ale nie daję zgody na kulturę polską takiego formatu. Pytamy, co robią oprócz organizacji koncertów, wystaw, festiwali filmowych. 
I pada słowo OSTATKI, która to impreza jest dla nich bardzo ważna, jako doskonały element identyfikacji z polską kulturą. 
Zachęcamy ich do korzystania z dobrodziejstwa przestrzeni wirtualnej, do szukania partnerów w polskich placówkach, stowarzyszeniach, wyszukiwania inspiracji i czujemy,że to dla nich jakiś kosmos, choć pan prezes jest świadomy, że polonia nowej generacji powinna dojść do głosu, by pokazać Polskę dzisiejszą, a nie infantylną cepelię.
Nie oceniam, nie oceniam, nie oceniam- powtarzam sobie jak mantrę, ale w środku się gotuję.
I na koniec: co powiecie na to,że prezes polskiej polonii w Pittsburghu nie mówi ani słowa po polsku! Doceniam jego misję ( chyba jego dziadek pochodził z Polski), zaangażowanie dla sprawy, ale czy to nie dziwne trochę, że Polacy z Polakami , gdzieś na 10 piętrze amerykańskiego wieżowca rozmawiają ze sobą posiłkując się tłumaczem? Pozostawiam Was z tym otwartym pytaniem.
Ja zaś zmykam. Dziś w programie między innymi Muzeum Andy Warhola. Będzie więc szansa opowiedzieć Wam, jak działa Pittsburgh Cultural Trust :)

2 komentarze:

  1. Aniu mam wrażenie że dla polonii amerykndzkiej czas zatrzymał się na Krużewnikach, Kargulu i Pawlaku.
    I to WSTYD że prezes polonii nie mówi po polsku. po prostu WSTYD i nie wstydzmy się tego powiedzieć. Buziaki i miłych wrażeń

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z przedmówczynią. Nic dodać nic ująć.

    OdpowiedzUsuń