czwartek, 23 sierpnia 2012

bajka o muzeach :)


Dzięki Departamentowi Stanu USA mieliśmy nie tylko ufundowane loty, przejazdy, hotele czy spotkania, ale również dzienne diety, dzięki którym piliśmy poranne kawy w Starbucksie, czy jedliśmy lunch w różnych ciekawych miejscach miasta.
I- niespodzianka. Departament zabezpieczył również środki na fundusz kulturalny dla każdego z nas, dzięki czemu zwiedzaliśmy muzea, które uważaliśmy za warte obejrzenia ,a których w programie oficjalnym nie było.
Najbardziej żałuję, że nie mogę Wam pokazać wszystkich  zdjęć z muzeów, które odwiedziliśmy w Stanach.
 I to ciekawe- bo w niektórych kategorycznie nie można robić zdjęć, już od samego lobby, a inne wręcz zachęcały nas, byśmy zdjęcia robili i prosili, by przesyłać je na strony. Traktują to jak swego rodzaju performance.
Amerykańskie muzea to naprawdę dla mnie bajka. Nie ma „ kapci zwiedzających”, nie ma kurzu, nieznośnej ciszy, pustki wśród wybitnych dzieł. Muzea odwiedzają całe rodziny, spędzają tu niedzielne poranki, bawiąc się przez sztukę. Nie wszędzie można robić zdjęcia, i trzeba to uszanować, ale życie muzealne jest tu naprawdę intrygujące, pociągające, angażujące widza, grające z nim w błyskotliwe gierki. Czasem czujesz, jak puszczają do ciebie oko, czasem zachwycasz się i zachwycasz i widzisz, że nie tylko tobie szczęka opada, ale euforia faluje między szlachetnymi ramami, a zadziwienie, irytacja, zaskoczenie grająz tobą w chowanego oszukując zmysły, doznania, budząc uśpione emocje.
W Pittsburghu, kiedy rozczarował nas „afrykański festiwal” wpadliśmy do Carnegie Museums. of Art and Natural History.
Na początku nawet nie za bardzo chciałam iść, bo oglądanie dinosaurów nie leży w moich głównych sferach fascynacji. Ale Ania Osiadacz nie dała mi szansy i za to jej bardzo, bardzo  dziękuję!
Nie było oczywiście szansy, byśmy delektowali dzieła z każdej z wystaw, ale mogliśmy obcować z impresjonistami pierwszej klasy oglądając ekspozycję czasową : Impresionismin a New Ligot from Monet to Stieglitz.
Sam gmach Carnegie pyszny, potężny, klasyczny. Na początku kilkanaście sal poświęconych sztuce antycznej, średniowieczu i renesansowi w architekturze.
Dalej to już tylko zawrót głowy. Sztuka europejska, podzielona na epoki, sztuka afrykańska, tybetańska, chińska, indiańska i tak w nieskończoność mogłabym wymieniać.
Monet, Picasso, …
Oprócz znanych  mi nazwisk, także i tacy artyści, z których sztuką się jeszcze nie spotkałam. Zwróciłam uwagę na dwa obrazy, które mnie poruszyły szczególnie, i na ile było to możliwe, postałam przed nimi dłużej. A były to :
Pascala Adolpie Dagana Bovereta: Christ and the Discipifs at Emaus i Edwina Austina: Abbey the Penance of Eleonor.
Patrzyłam i patrzyłam. I mogłabym tam zostać o wiele dłużej, niż mogliśmy.
Absolutnie zachwyciła mnie przestrzeń muzeum, rozmiar ekspozycji, dobór eksponatów i szczególny nacisk na edukacyjny, interaktywny charakter ekspozycji z naciskiem na zaangażowanie i doświadczanie najmłodszych.
Szczególnie mocno było widać to edukacyjne zacięcie w Muzeum Naturalnym, gdzie dzieci nie tylko mogły oglądać zwierzęta, rośliny, ale je „ badać”- bawić się w paleontologów, obserwować gady w wielkich słojach z formaliną, oglądać zdjęcia  w czytniku podczerwieni, czy zatopioną muchę pod mikroskopem.
Ale najbardziej- chyba nawet bardziej niż obrazy i rzeźby- zapamiętam wolontariuszy, którzy pracują w tym muzeum.
Przed każdą salą i na każdym lobby siedzą lub stoją maleńkie, siwiutkie, pełne energii osoby. Panie i panowie. Dawno po osiemdziesiątce chyba. Staruszki ubrane w swoje najlepsze garsonki z 57 roku ubiegłego stulecia. Włoski podkręcone, brwi pomalowane, na ustach szminka, na bladych policzkach róż. Wielka pasja w oczach i radość, kiedy zwiedzający o coś pytają, potrzebują ich pomocy.
Tak było w przypadku, kiedy przed jedną z interaktywnych sal przyrodniczych spytaliśmy, czy możemy robić zdjęcia..
Pani na nas spojrzała łagodnie i z pasją zaczęła swój wykład:
„ Państwo pierwszy raz u nas? Ooooooo, to witamy bardzo, bardzo gorąco. Oczywiście, można robić zdjęcia. I powiem wam jeszcze coś- mam wrażenie, że w tym momencie puszcza do nas oko- jakby nas wtajemniczała w sekret odkrywców skarbów- w tej sali- przeciąga dramatycznie, a każde słowo wymawia z przejęciem- w tej sali można dotykać absolutnie wszystkiego! Tylko- tu zawiesza głos i patrzy nam głęboko w oczy- eksponaty trzeba dotykać bardzo, bardzo delikatnie- mówi- i jednocześnie gładzi swoją lewą dłoń, prawie przeźroczystą, pięknie naznaczoną ściegami zmarszczek z wielkim pierścieniem z zielonym oczkiem na serdecznym palcu, by zaprezentować pożądany dotyk. Aaaa, i absolutnie koniecznie trzeba odstawić eksponat dokładnie na jego pierwotne miejsce-podkreśla.
Cudnie, cudnie, cudnie!
W Pittsburghu grzechem zaniechania byłoby nie odwiedzić Museum of Andy Warhol.
Życie artysty smutne, przesiąknięte traumą, nieśmiałością, kultem matki, chorobami.
A z drugiej strony nieodpartą chęcią życia na świeczniku , wśród gwiazd i celebrytów.
Prace artysty zna cały świat, stały się ikonami popkultury. Symbolami.
Warhol często korzystał z wizerunku lub prac innych osób, nie pytając ich o zgodę. Tak było w przypadku słynnej fotografii kwiatów, wizerunku Elvisa Presleya, Marilyn Monroe. Miał kilka procesów, ale w ostatecznym rozrachunku, nawet przy ugodzie sądowej osoby te tylko na tym zyskiwały- otrzymując sławę, nowe „popartowskie” życie, wizerunek, a często i tantiemy z prac Andiego.
Zawsze oglądam z zaciekawieniem oryginalne prace, porównuję je z moimi wyobrażeniamio nich. Jedne niezmiennie zachwycają, inne zachwycają jeszcze bardziej, a niektóre są pod hasłem „ wiele hałasu o nic”.
Nie jestem ani koneserem ani znawcą sztuki współczesnej, może mnie wyśmiejecie, może zlinczujecie, ale czasami, kiedy patrzę na „ dzieła” artystów, mam ochotę powiedzieć- król jest nagi!
Tak było w przypadku kilku prac Warhola, np. deski oblanej moczem jego kolegów, który to mocz,  wchodząc w reakcje chemiczne, pozostawiał „ fascynujące znaki”,  znaczenia których nie ogarniam.
I niekoniecznie podobają mi się jego filmowe performersy, a szczególnie filmik
z transwestytą i bananem. Kto widział, to być może wie, o co mi chodzi.
Muzeum nie pozwala na fotografowanie prac artysty, ponieważ większa część kolekcji pochodzi ze zbiorów prywatnych donatorów.
Były jednak i takie momenty, kiedy można było zrobić zdjęcia . To edukacyjna część zwiedzania muzeum, w której zwiedzający nie jest już tylko biernym odbiorcą sztuki, ale współtwórcą.
Można było za pomocą nowoczesnej techniki zrobić sobie swój własny portret metodą sitodruku, czy wziąć udział w stosowanej przez Warhola metodzie castingowej, polegającej na kilkuminutowym wpatrywaniu się kamerę stojącą na statywie.
Jeśli macie ochotę na taką zabawę w worholowskim stylu, można bez trudu ściągnąć sobie za niewielką opłatą aplikację.
Andy Warhol, jak nam opowiadała kustosz muzeum, faktycznie umierał dwa razy. Pierwszy raz, kiedy postrzeliła go niespełna rozumu studentka stwierdzono śmierć artysty, po czym, po kilku minutach (chyba dwóch) wróciła mu akcja serca! Drugi zaś raz zmarł po komplikacjach pooperacyjnych woreczka żółciowego.
O dzieła artysty zabiegali celebryci, aktorzy, gwiazdy jego epoki. Za charakterystyczne portrety płacili mu naprawdę słone pieniądze, ale co podkreślała kustosz- Warhol był nie tylko świetnym artystą , ale również doskonałym biznesmenem, doskonale  dbającym o zabezpieczenie finansowe. Tworzył niepowtarzalne, nowatorskie dzieła i jeszcze potrafił czerpać z tego niezłe profity, a to przecież niecodzienna umiejętność wśród artystów.
Kiedy nie był jeszcze znanym malarzem, mimo swej wielkiej nieśmiałości, chodził 
po rezydencjach bogatych Amerykanów wmawiając im, że był z nimi umówiony na spotkanie, po czym- jak domokrążca pokazywał im ( czytaj promował się bezpośrednio) swoje prace, wzbudzając częstokroć ich zaciekawienie.
Można powiedzieć, że na sławę zapracował Nie tylko z nowoczesnym podejściem
do sztuki, ale też z determinacją, i misternym, marketingowym planem.
W Nowym Jorku, w ostatni dzień pobytu całej grupy, dosłownie tuż przed odlotem, pobiegliśmy do MoMy- najbardziej reprezentatywnego i najbardziej znanego muzeum sztuki współczesnej.
Środa ranek. Od pierwszych minut otwarcia muzeum tłumy ludzi. Najróżniejszych. Jakich chcesz. Jacek Jarkowski, nasz tłumacz, podczas gdy my stoimy w kolejce,  kupuje nam bilety wstępu, w dostępnej cenie, korzystając ze swojej karty klubowej.
Bierzemy programy (w wielu językach poza polskim) i intuicyjnie i niestety na czas biegamy po gigantycznych salach MoMy. Sztuka współczesna zadziwia mnie nieustannie. Wpatruję się w skafandry, modernistyczne meble, sprzęty domowego użytku, drobne literki zebrane w graficzne impresje, zbiory przedmiotów czarnych, białych, plastykowych.
Intryguje mnie ekspozycja zdjęć rodzinnych pokazanych w ekspozycji innych zdjęć, jakby będących narracją społeczno-kulturową. Arabowie, Żydzi, Skandynawowie,
ale też rodzina królików znalazła dla siebie ścianę.
Historie zaczynają opowiadać się same. Narratorem jest twoja wyobraźnia uruchomiona detalem z obrazu, przedmiotem, który budzi twój lęk, światłem załamującym się na kamieniu.
Wiele sal zajmują również klasyczne i znane wszystkim  dzieła: Matissea, Degasa, Moneta, Picassa, Renoira, Toulouse-Latreca…
Ludzi tak wiele, że boimy się zgubić w tłumie. Całe rodziny fotografują się na tle
„ piccasów, degasów, chagalli”. I czuć podniecenie. Rodzaj święta w którym uczestniczymy razem, choć zupełnie się nie znamy.
Totalna euforia. Totalny zachwyt. Totalne zadziwienie. Nienasycenie.



















































































































3 komentarze:

  1. Protestuję! Nie piłem tam z Wami i nie zamierzam pić kawy w Starbaksie - i naprawdę nie sądziłem, że Wy tam chodziliście. Fe!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak, my też wolelibyśmy pić kawę w maleńkich, nie z wielkiej sieci kafejkach, ale nie zawsze mieliśmy na to czas. Kawa w sb szybka jak kanapka z subwaya Jacku! I tylko tyle!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja, jaki ten Departament Stanu szczodry ! :-) Zwłaszcza że wizy do USA z wielką łaską wydają po 500 i więcej złotych.

    OdpowiedzUsuń