czwartek, 9 sierpnia 2012
a gdybyś chciał piec artystyczne muffins to wpadaj bracie do Baltimore i Aleksandrii
Pittsburgh. 6.23 czasu lokalnego
Dziś musiałam się bardzo motywować, by wstać z łóżka. Czuję się lekko zmęczona. Piąty dzień odkrywania Ameryki przed nami. Nowe miasta, nowe miejsca, nowi ludzie.
Wczoraj po północy dotarliśmy wynajętym busem do Hotelu Marriott. Po drodze, koło godziny dwudziestej, zaliczyliśmy potężną dawkę deszczu oświetloną nie mniej spektakularnymi błyskawicami, które podświetlały autostradę. Na drodze przede wszystkim mijaliśmy charakterystyczne amerykańskie ciężarówki, wzbudzające respekt i zachwyt. W połowie drogi zjechaliśmy również, żeby coś przegryźć w podróży. Obok stacji benzynowej piętrzyły się sabwaye, kfc, tacos bary, tworząc w tym miejscu nawet nie małą wioskę fastfood.
Nie zamówiłam nic, bo miałam jeszcze co najmniej połowę hamburgera z Baltimore. Badając lokalną kuchnię, a raczej amerykańską porzuciłam tradycyjną miseczkę owoców z owsianką i zamówiłam największego w mieście hamburgera. Pan lekko się zdziwił, spojrzał na mnie z zaciekawieniem, ale cóż- zamówienie przyjął.
Mięsny Potwór otulony z dwóch stron bułką był chyba większy ode mnie. Dostałam go zawiniętego w folię, z garścią jednorazowych saszetek ketchupu, całość zapakowana w papierową torbę.
Nie potrafiłam utrzymać go w moich małych dłoniach. Czego tam nie było w środku? Dwa potężne beef kotlety, obłożone dodatkowo listkami chrupiącego bekonu, w środku garść krążków cebuli (albo kalmarów, byliśmy w marinie, a nie wyczuwałam specyficznego smaku żadnego z nich) otulonych panierką i smażonych uprzednio w głębokim tłuszczu. To wszystko zlepione roztopionymi kawałkami sera, których pan mi nie żałował. Nie było tam tylko...warzyw. Nawet pół listka sałaty, ćwiartki pomidorka, krążka ogórka. Chyba, że za warzywo uznać należy obsmażoną panierowaną cebulę.
Trzy gryzy wystarczyły, bym miała na kilka godzin dosyć jedzenia. Pan z baru dyskretnie obserwował moje dokonania. Naprawdę byłam dzielna, ale gdybym zjadła jeszcze kęs, mój poziom testosteronu wzrósłby do takiego poziomu, że mogłabym siłować się na ręce z jakimś napotkanym marynarzem na promenadzie, gdyby ten tylko się tam zjawił.
Drugą część zjadłam wieczorem i dziś czuję, że to zdecydowanie dieta nie dla mnie. W żołądku do teraz czuję jak mi zalega jedzenie- wyobrażam sobie potężne bloki tłuszczu obijające mnie od środka. Mażę o jogurcie i filiżance mocnego espresso. Nawiasem mówiąc, będę musiała sobie zaraz zorganizować jakieś śniadanie, bo w tym hotelu nie mamy go wliczonego w koszt pobytu.
Oprócz płacenia za hotele i jedzenie nie mieliśmy praktycznie jeszcze czasu wydawać pieniędzy. Piąty dzień podróży, a ja nie byłam w żadnym sklepie! Dodam,że płacenie czekami podróżnymi wzbudza konsternację i nie zawsze ( a raczej jak dotąd) rzadko są honorowane.
Dodam jeszcze, że w hotelach praktycznie wszystko jest za darmo ( dostęp do internetu, kawa, herbata), prócz wody. Cena butelki stojącej na komodzie w pokoju hotelowym waha się od 2 do 6 dolarów!
Ilość materiałów, które przywieźliśmy z Polski i tych, które codziennie otrzymujemy zaczyna się równoważyć. Już teraz wiemy, że raczej nie wszystkie zabierzmy z powrotem, ale część na pewno, bo to dla nas oczywiście skarbnica wiedzy.
Nasza drużyna jest niezwykle zgrana. Czasami rozumiemy się bez słów i lubimy spędzać ze sobą czas. Ania Osiadacz i Jakub Jakubowski doskonale posługują się angielskim, i w tej dziedzinie są naszymi liderami. Po angielsku mówi także Krzysiek Gorczyca i Bartek Rief. Reszta (w tym ja) zdani są na pomoc tłumaczy. Na spotkania wozimy se sobą sprytny i dyskretny sprzęt..Maleńki mikrofon, którym posługują się nasi tłumacze połączony jest siecią z naszymi słuchawkami.
Najbardziej w naszych spotkaniach lubimy te, które pozwalają nam zobaczyć ludzi w konkretnych przestrzeniach, działaniach. Przedkładamy takie spotkania nad siedzenie w biurowcach na 24 piętrze w klimatyzowanych salach i słuchanie wypowiedzi urzędników. Wiem,że to co mówią jest cenne, ale przy zmęczeniu podróżą trudno skupić się na suchych wykładach. O wiele bardziej przemawiają do nas miejsca barwne i zaskakujące. Ludzie, którzy je tworzą i animują.
Organizatorzy zadbali, byśmy mieli okazję zajrzeć w kilka z nich. A wczoraj w Baltimor sami poprosiliśmy, czy moglibyśmy podjechać i zobaczyć kulturalny loft, kosztem skrócenia wykładu w biurze organizacji.
W ciągu ostatnich dni mieliśmy okazję zobaczyć, jak bardzo ludziom zależy na lokalnym rozwoju społeczności. Ożywiania miejsc, dzielnic, regionów przez działania parakulturalne- bardzo zróżnicowane zresztą.
Co podkreślali nasi rozmówcy, a co jeszcze nie jest tak oczywiste w polskiej rzeczywistości- kultura ma wymierny wpływ na jakość życia mieszkańców, na jego identyfikację, ożywienie gospodarcze i rozwój.
Tym, którzy pragną otwierać pracownie artystyczne, sklepy, kawiarnie, warsztaty, galerie itp. w danym powiecie proponuje się preferencyjne warunki,szereg ulg, ze zniesieniem płacenia podatku włącznie.Mają one zachęcić do ożywiania przestrzeni lokalnych przez inicjatywy kulturalne, tym samym przyciągać nowych inwestorów, turystów, wzbogacać samych mieszkańców.
Za każdym razem słyszymy, że w procesie tych zmian, dzięki temu, że lokalne organizacje, artyści wzięli sprawy w swoje ręce dzielnica, miasteczko, ulica stały się bardziej bezpieczne i bardziej interesujące. " Można wreszcie wyjść za dnia z rodziną, jeszcze kilkanaście lat temu, ze względu na bezpieczeństwo było to niemożliwe" -to zdanie powraca jak mantra w wypowiedziach naszych rozmówców.
Podsumujmy: z jednej strony urzędy, które doceniają wpływ działań, inicjatyw kulturalnych na ożywianie, rewitalizację miejską ( zarówno chodzi o przestrzeń jak i kontakty społeczne), stosując preferencyjne warunki, z drugiej organizacje non profit ( fundacje, zrzeszenia, stowarzyszenia), które wspomagają działania , inicjatywy artystyczne grantami na cenne przedsięwzięcia i trzeci element tej układanki- artyści, amatorzy, wizjonerzy, społecznicy, mieszkańcy, którzy szansę na zmianę swojej rzeczywistości upatrują we własnym działaniu.Na takiej zasadzie działają tu właśnie klastry kultury w służbie lokalnej społeczności.
Mieliśmy szansę zobaczyć dwie takie inicjatywy. Zanim je wam przedstawię, mała dykteryjka.
Wczoraj w Baltimore odwiedziliśmy przede wszystkim urzędy zajmujące się współpracą i promocją działań kulturalnych w regionie.
Pytaliśmy na przykład na jakie inicjatywy można otrzymać granty, czyli wsparcie. I cóż, te działania są bardzo zróżnicowane. Dość powiedzieć,że jedna z nich wzbudziła niemałą naszą konsternację i prawdziwy szok. Wyobraźcie sobie, że w mieście Baltimore przyznaje się granty na warsztaty obdzierania szczurów piżmowych ze skóry...naprawdę! Pytamy w jaki celu?
- Nooooo, na mięso! A i fajne kapelusze się z tej skóry podobno robi- przypomina sobie miła pani prelegentka.
Jesteśmy wstrząśnięci, ale to oczywiście skrajny przypadek. Może kulturowo mentalnie dla nas nie do przyjęcia, ale tak tu jest. Taka jest lokalna tradycja w Baltimore.
W Baltimore mieliśmy szansę zobaczyć jak artyści zmieniają przestrzeń miejską przez sztuki wizualne.Kolorowe murale na opuszczonych budynkach, tymczasowe wystawy przestrzenne.Młodzi artyści za psie pieniądze biorą od miasta poprodukcyjne, opuszczone hale, zmieniając je na artystyczne lofty. Tam tworzą, wystawiają sztuki teatralne, organizują koncerty, wystawy, zajmują się renowacją starych mebli, bibelotów, a na górze po prostu mieszkają. Taka komuna artystyczna.
Natomiast w małym miasteczku pod Washingtonem, w Aleksandrii sprawy w swoje ręce przejęli dojrzali, lokalni przedsiębiorcy i artyści. Tu też adoptuje się miejsca, które nie dostają " nowe życie"- jak na przykład stara fabryka torped przerobiona na inicjatywę kulturalną. Galeria, która wspiera i promuje lokalnych twórców. Kawiarnie, puby, sklepiki- oprócz podstawowej roli spełniają również rolę miejsca dialogu społecznego. Mieszkańcy nastawieni są na rozwój swojego miasteczka po przez zasoby materialne, lokalne i potencjały i zaangażowanie ludzi. Byliśmy w takim sklepiku, gdzie kupić można tylko przedmioty wykonane przez mieszkańców, tak samo działa galeria. I lodziarnia, w której oprócz dobrych lodów właściciel realizuje się artystycznie- na ścianach jego obrazy, a lody je się przy autorskich \, niepowtarzalnych stolikach, których blaty wykonał z sercem.A pub-kawiarnia artystyczna zatrudnia tylko ludzi, którzy mogą do pracy przyjść na piechotę, a więc " są stąd". W kawiarni nie przygotowuje się wypieków, ale towar, produkty pochodzą tylko od lokalnych producentów, piekarzy, rolników.
Ta świadomość identyfikacji społecznej i tożsamości lokalnej była tu wyraźnie odczuwalna. Ludzie przychodzą w te miejsca niekoniecznie kupić kiczowaty bibelot czy napić się latte pogryzając pomarańczowego muffina,lecz w dużym tego słowa znaczeniu, by pobyć ze sobą. Rozmawiać, dzielić się radościami, troskami, myśleć o przyszłości swojej własnej, ale również wspólnoty lokalnej.
Podobało mi się to bardzo, tym bardziej,że ciągle się gdzieś spieszymy, nie doceniamy wartości rozmowy " o niczym", zamykamy się przed coraz większym telewizorem.
Nic to, rozpisałam się a tu Pittsburgh czeka. To zawsze jest ekscytujące o poranku. Zaglądasz w program i myślisz sobie- ciekawe, co mnie dzisiaj zaskoczy w " tej Ameryce"!.
A więc pędzę w poszukiwaniu jakiś świeżych warzyw i owoców na śniadanie.Nie zarzekam się, ale raczej powtórki z hamburgera nie przewiduję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
No ciekawe co nas dziś zaskoczy :)
OdpowiedzUsuń