wtorek, 7 sierpnia 2012

Washington- CZEKOLADOWE MIASTO


































































Waszyngton, 6 sierpnia 2012, godz. 6.30 rano czasu lokalnego
Budzę się zanim zacznie dzwonić budzik w komórce. Sen zabrał wszystko zmęczenie i stres. Włączam tv, włączam komputer, ale nadal nie mam połączenia z internetem. Długi prysznic , do śniadania jeszcze tyle czasu.Wskakuję (dosłownie, bo łóżka bardzo wysokie- a dla mnie,szczególnie). Piszę notatkę na bloga przez telefon komórkowy.Jest mi już dobrze. Napięcie , rodzaj oszołomienia, rozbicia minął. Ciekawa byłam swoich reakcji na zmianę czasową. Zdecydowanie poszłam wczoraj bardzo szybko spać- ok. 10tej i praktycznie przespałam całą noc. Sen to dla mnie najlepsze lekarstwo na regenerację.
Czuję się jak nowo narodzona . Wracam do gry. Doskonale sprawdza się "przejściówka" na prąd. W pokoju hotelowym nie brakuje niczego - suszarka, żelazko, nawet deska do prasowania w schowku, a w szufladzie egzemplarz Biblii dla Mormonów. Che mi się pić, ale woda, która stoi na komodzie płatana 4 dolce za butelkę. O nie, ale nic to. Wyciągam jeszcze zapasową butelkę, którą kupiłam za 5 zł na Okęciu. W samolotach tak o nas dbali, co chwile donosząc napoje na życzenie, że jej nie wypiłam.
Umawiamy się na śniadanie na 8 rano, choć hotel serwuje je od 6.30. Jem je w towarzystwie Ani Osiadacz., Krzśka Gorczycy ( obydwoje wegetarianie), po chwili dołącza do nas Wojtek Stremel- nas tłumacz. To kolejna okazja do wsłuchania się w ciekawe dykteryjki i cenne uwagi. Nasi tłumacze są nieocenioną kopalnią wiedzy o USA. Oprócz tego, że czujemy się przy nich bezpiecznie, bo są praktycznie zawsze krok przed nami, to ich doświadczenia i rady dosłownie chłoniemy przez skórę.
W bufecie zaglądam w każdą miskę, półmisek, koszyczek. Zjadam wszystko oczami, ale wiem z doświadczenia,że dużo mi do szczęścia nie potrzeba. Ot, miska świeżych owoców- melony kilku, rodzajów, truskawki, ananasy, jabłka, brzoskwinie, wyfiletowane pomarańcze różnych kolorów, grapefruity, jagody. Jogurty w kilku smakach, mleko, płatki różnorodne lub ciepła owsianka.
Wśród zimnych dań łosoś wędzony, siekane jajka na twardo, kapary, cebulka, pomidory, pasty, sery. W kopulastych, gorących misach z przykrywką- pieczone ziemniaczki z warzywami, jajecznica, różnego rodzaju kiełbaski, chrupiący bekon, naleśniki. Na osobnym stoliku ciasta, pączki, bajgle, kilka rodzajów chleba tostowego i toster, by można było sobie podpiec pieczywo.
Próbuję tylko łososia z kaparami i bekon, bez pieczywa, bo świadomie wybieram misę różnorodnych owoców z owsianką. Kelner donosi do stolika kawę i pomarańczowy sok.
Po śniadaniu pędem spotykamy się w pokoju Bartka i wyrzucamy na jego łóżko wszystkie nasze gifty i gadżety. Burza mózgów, co do czego, dla kogo i kiedy. Niestety muszę wrócić do pokoju, bo w ręku oprócz torebki miałam jeszcze...pidżamę. sic!
Czas w naszym pięknym, czarnym karawanie to czas odprawy. Tu ustalamy szczegóły dnia, dowiadujemy się gdzie jedziemy, kogo spotkamy i na co możemy liczyć.
Pierwszy dzień w Waszyngtonie ma charakter całkowicie oficjalny. Rezydencja Meridian International Center  http://www.meridian.org/ jest piękną , wypieszczoną rezydencją, otoczoną pięknymi starymi drzewami, ogrodem kwiatowym pełnym rzeźb i gardenii, z fontanną naprzeciw głównego wejścia.. Sam widok robi na nas niezwykłe wrażenie.
W środku, niczym w muzeum kamienne filary, kręcone schody, stare potężne stoły  i kryształowe żyrandole. Jesteśmy zapraszani do "zielonego" salonu. Tam już czekają nas wizytówki z naszymi nazwiskami, materiały, napoje i wielka mapa z zaznaczoną czerwonymi pinezkami mapą naszej wizyty.
Wpinamy w ucho słuchawki, by słyszeć tłumaczenia symultaniczne. Nasi tłumacze przez cały dzień wymieniają się , by tłumaczyć nam wszystkie wypowiedzi prelegentów. Val, Wojtek i Jacek. Po kilku godzinach potrafimy już nie patrząc na nich śmiało powiedzieć, który z nich tłumaczy, bo nie tylko mają charakterystyczne głosy, ale również specyficzną osobowość, która c jakiś czas przebija przez ich słowa. W "zielonym pokoju" spędzimy większość dzisiejszego dnia. 
Co charakterystyczne, w USA króluje klimatyzacja. Na dworze 33 stopnie, a w pomieszczeniach odczuwalne zimno, tak,że wskazane jest jakieś nakrycie na ramiona. I przekonujemy się,że jest tak wszędzie, niezależnie od standardu pomieszczenia, lokalu, instytucji.
Podczas tego oficjalnego spotkania z przedstawicielami Departamentu Stanu USA czujemy napięcie, jakie zwykle towarzyszy chwilom podniosłym. To jakby "świąteczny" dzień. Zarówno Ms. Lani Makholm, dr Michele Titi jak i najmłodsza Ms, Nafisa Isa na każdym kroku dają nam odczuć, jacy jesteśmy wyjątkowi. Witają nas w imieniu United States Departament of State. To one od lat koordynują program International Visitor Lesadership, dzięki któremu i my trafiamy na listę już ponad 5 tysięcy szczęśliwców z całego świata.
Czuję się naprawdę wyróżniona, widzę,że moi przyjaciele Liderzy też odczuwają dumę. Co tam będziemy ściemniać- wzruszyliśmy się. Panie szczegółowo opowiadają nam o programie oraz omawiają każdy dzień programu. Słuchamy, słuchamy, słuchamy...
Przed lunchem uroczyście każdy z nas otrzymuje kopertę z wł. nazwiskiem, grubo wypełnioną podróżnymi czekami. Otrzymujemy w sumie 1750 dolarów amerykańskich w czekach, które to pieniądze mają pokryć nasze wydatki związane z noclegami, wyżywieniem, taksówkami, napiwkami i drobnymi przyjemnościami. Nocleg  i lunch w Washingtonie już zostały zapłacone z góry. Podpisujemy każdy czek, tak jak podpisaliśmy się w paszporcie. Część dokumentów zwracamy koordynatorom, oni w tym czasie skanują wszystkie nasze dokumenty- paszport, wizę, bilety lotnicze, formularz imigracyjny.
Na lunch jedziemy do Busboys and Poets http://www.busboysandpoets.com. To miejsce spotkań różnych kultur zamieszkujących Washington. Księgarnia, scena, bar. Kolorowo, gwarnie, inspirująco. Ludzie zagadują do nas, uśmiechają się, robią sobie z nami zdjęcia. Marokański właściciel opowiada o misji tego niezwykłego miejsca: gościach, programie, spotkaniach. My w tym czasie zajadamy lunch. Sałatę na przystawkę i do wyboru danie główne. Porcje są tak wielkie, że nie mieszczą się na talerzu. Zamawiam falafela z maleńkimi, dość pikantnymi mięsnymi kulkami. Nie daję rady zjeść wszystkiego, tym bardziej,że rozmowa jest pasjonująca, a na deser wjeżdża potężny talerze jeszcze gorącego brownie  ( mokrego ciasta czekoladowego) w asyście wielkich krążków ciastek z kawałkami czekolady. Jesteśmy syci i podekscytowani. Nasi prelegenci zachwycają się prezentami od nas. To miłe.
Wracamy do Meridian ma wykład o federalizmie, który prowadzi dla nas dr. Steven Billet z George Washington University.  Od razu rzuca się nam w oczy piękna blondynka, siedząca obok  niego.
- Skąd oni wytrzasnęli taką piękną Amerykankę- myślę sobie. Cóż, piękność okazuje się żoną profesora. To Belgijka...polskiego pochodzenia, która wyraźnie zadowolona jest z udziału w spotkaniu.
Profesor już w pierwszym zdaniu odnosi się do słów Ryszarda Kapuścińskiego, którym jest wyraźnie zafascynowany. To mi zaimponowało, powiem wam.
Z suchego wykładu o legislacji w Stanach płynnie przechodzimy do dyskusji, która nie należy do łatwych i przyjemnych.. Odnosimy się w niej do prawa amerykańskich obywateli do posiadania broni palnej, w kontekście ostatnich, tragicznych wydarzeń ( w pierwszy dzień naszego pobytu wydarzyła się kolejna strzelanina z ofiarami śmiertelnymi, chyba w świątyni sikhów ). Temat rzeka, ale bardzo intrygujący i reprezentatywny, by poczuć choć trochę klimat społeczeństwa amerykańskiego i różnice między tym, co ogólnostanowe,a tym co federalne, lokalne.
Na ostanie już dziś spotkanie jedziemy do Cultural Tourism DC http://www.culturaltourismdc.org/. Na dziesiątym piętrze siadamy w małym, klimatyzowanym pokoju by dać się ponieść narracji dyrektor tej organizacji, która z pasją i autentycznym zaangażowaniem mówi o turystyce kulturowej w Washingtonie. Aż szkoda,że spotkanie takie krótkie, choć i tak przedłużyliśmy je nieco naszymi pytaniami.
W drodze powrotnej do hotelu wykluczamy zakupy, pozostawiając je na Nowy Jork, bo Jacek przekonuje nas, że tam będzie najtaniej na rzecz wieczornego wypadu do knajpek.
Koniec końców lądujemy przed północą w etiopskiej knajpce zajadając rękoma z jednej misy  placki maczane w nie do końca zidentyfikowanych pastach- smacznych, kolorowych, pikantnych. Gwar, śmiech, i żarty, które niektórzy z nas będą pamiętać dłużej ( kto wie, ten wie). Dzielimy się na grupy, ja z Wojtkiem, Piotrkiem, Anetą i Aliną wracamy do hotelu. Reszta rusza dalej w miasto. Po drodze znajduję szkiełko od okulara, ha! 
Pędzę, bo mam nieodpartą chęć pisania na blogu, bo czuję, że tyle osób czeka, a tu jak na razie nic.
Ps. koniecznie zaglądajcie na vudeoblog Jakuba- tam zamiast słów obrazy z podróży http://www.youtube.com/watch?v=22jPEQDFQ9U&feature=em-uploademail


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Tyle samo lądowań co startów Aniu :)

Waszyngton, kilka minut po 23 czasu lokalnego.Spoglądam na zegarek- u was jest po 5 rano. 
Wieczornym spacerem barwnymi ulicami kończymy drugi dzień pobytu w tym mieście. 
Zanim zacznę relacje z podróży, chciałabym prosić o wyrozumiałość. Po pierwsze okazuje się,że nie zawsze mam dostęp do internetu, po drugie przepraszam za literówki, czy drobne błędy. Wykorzystuję dosłownie każdą wolną chwilę, by wgrać zdjęcia, czy napisać tekst. Wszystko idzie jakby " na żywo"- teksty pisane 
z palca, a zdjęcia bez kadrowania. Sądzę, że ma to również swój urok.Mam nadzieję, że później dokonam korekty. 
Abyśmy wszyscy byli na bieżąco zacznę od początku.

Niedziela, 5 sierpnia 2012
Warszawa-Frankfurt- Waszyngton.
Dokładnie 50 lat temu Marilyn Monroe popełniła samobójstwo. Wtedy też była to niedziela. Taki zbieg okoliczności. Świtem zaczynamy drugi etap podróży. Ten najważniejszy.

Noc była bardzo krótka. Położyłam się spać ok. drugiej w nocy a budzik nastawiłam na 3.45. Zrywałam się co godzinę, zlana potem- raz, że było bardzo duszno, dwa- ciśnienie przed podróżą nie pozwalało mi na spokojny sen.
Teraz siedzimy już na lotnisku we Frankfurcie czekając na lot do Waszyngtonu. Dochodzi jedenasta przed południem, lot mamy o 12.30.
Odprawa na Lotnisku Chopina przebiegła w małym napięciu, ale płynnie. Zawsze jest pewien niepokój czy aby mamy paszporty, rezerwację, czy odprawa online zrobiona prawidłowo.
W dużym bagażu wiozę domowe pączki, które dla naszych tłumaczy przygotowała Aga Szelągowska. To ci będzie dla nich niespodzianka! Pączki z Polski z nadzieniem śliwkowym. I przy okazji my się załapaliśmy na pączki. Pączki o piątej rano na Okęciu. Pyszne, pachnące drożdżami, wanilią, z ciemnym, kwaskowatym nadzieniem.
Lot nie należał do przyjemnych, i chyba trudno mi będzie przechodzić do lotów obojętnie. Ale przyznam, że nie było tak dramatycznie jak za pierwszym razem. Pewnie to kwestia podróży w grupie. Dłonie nadal miałam mokre przy starcie, ale potem jakoś trzeba było zaakceptować ten dziwny stan w „zawieszeniu”. Udało mi się spojrzeć przez okienko, poczytać Rzeczpospolitą ze zrozumieniem.  Lot trwał półtorej godziny. Na pokładzie zjedliśmy śniadanie – bułka z szynką i papryką, prince polo i kawa jacobs.
Lotnisko we Frankfurcie, w porównaniu z Okęciem i pięknym lotniskiem we Wrocławiu wydaje mi się kurnikiem, zaniedbanym lekko. Wprawdzie wybór gazet, kawy i herbaty za darmo, ale ogólnie jakoś tak szaro i ponuro. Terminal nie pierwszej świeżości. Siedzimy i nabieramy energii, odreagowujemy poranny stres.
Piszę notatkę do bloga, zrzucam zdjęcia. Opublikuję je, kiedy będę miała dostęp do Internetu.
Kiedy wylądujemy w Waszyngtonie będzie ok. 15 czasu lokalnego, czyli w Polsce około 21 wieczorem.
Nasza grupa jest strasznie wesoła i cały czas prześcigamy się w błyskotliwych grach słownych., dykteryjkach, ciętych ripostach.  Ach ci ludzie od kultury! 

Waszyngton, 5 sierpnia 15.00 czasu lokalnego
Miasto wita nas dosłownie ścianą gorącego powietrza porównywalnego  z tym na krytym basenie. Przed lotniskiem czeka już na nas czarny " karawan" z zaciemnianymi szybami.
W drodze do hotelu słuchamy pierwszych uwag jednego z naszych tłumaczy- Wojtka, który bombarduje nas  informacjami, uwagami, sugestiami. To wszystko, o czym mówi,jest tak bardzo interesujące, że powoli odwracam uwagę od niemiłych dla mnie doświadczeń z samolotu.
We Frankfurcie mało nie spóźniliśmy się na nasz lot. Przez nieporozumienie przyszliśmy na odprawę w ostatniej chwili i już wywoływali nas przez megafon.W pośpiechu, w ostatniej chwili wparowaliśmy do potężnej maszyny samolotu. W rzędzie 9 foteli, dwa korytarze. Mnóstwo ludzi o różnych kolorach skóry. Szukamy swoich miejsc. Niestety nie siedzimy w jednej grupie, ale w sumie w niedużej odległości od siebie. Mamy się zatem na oku. Silniki ryczą, a we mnie miesza się podekscytowanie podróżą z wielkim lękiem.
Siedzę koło Jakuba i to on niestety będzie obserwował moje reakcje na stres. Zapinamy pasy. Stewardzi tam i z powrotem szybkimi krokami mijają się na samolotowych uliczkach.
Standard samolotu  nieporównywalny z poprzednimi. Każdy ma swój ekran, na którym może oglądać filmy do wyboru, obserwować lot na nawigacji lub posłuchać muzyki, która mu odpowiada. Mamy też do dyspozycji poduszkę i koc w jednorazowych opakowaniach.
Od razu czuć, że to potężna maszyna. Nie mogę uwierzyć, że takie metalowe cielsko potrafi wzbić się w powietrze, a co dopiero unosić się tam przez dziewięć godzin! Te dziewięć godzin będzie dla mnie koszmarem prawie nie do udźwignięcia. Koszmar podróży mam wymalowany na twarzy jeszcze długo po lądowaniu. 
Co jakiś czas wyświetla się sygnał,że trzeba zapiąć pasy i wtedy praktycznie odchodzę od zmysłów, wiję się na fotelu, nie pomaga nawet zamykanie oczu, bo turbulencje czuć organicznie. Sytuacja ta powtarza się kilkanaście razy. Czuję, że zaraz zwariuję. Że ten lot to raczej kara niż nagroda. Że kiedy zginę, to ludzie powiedzą " I po co to jej wszystko było? Widzicie, jak skończyła? Warte to tego zachodu?".
Godziny dłużą się coraz bardziej i nie pomaga ani tv, ani muzyka, a zerkanie na stan lotu jeszcze bardziej wzmaga histerię, bo ciągle widzę nasz samolot nad wielką plamą Atlantyku, zawieszoną między kontynentami. 
Obsługa dwoi się i troi i muszę przyznać,że ciężką mają robotę. W ciągu tych 9 godzin dostajemy dwie przekąski z napojami (raz precle, raz chipsy, zimna kanapka) i ciepły lunch: sałatka, bułka i do wyboru lasanie lub kurczak z warzywami. Do tego ciastko, masło, musztarda. 
Boli mnie już głowa i mam ochotę otworzyć okno i po prostu urwać się z tej imprezy po angielsku. Czuję się zakładnikiem, bez prawa wyboru.
Moja nieobiektywna ocena sytuacji (czytaj: lęk paniczny) sięga zenitu przy lądowaniu. Mam wrażenie,że kiedy obniżamy pułap, to samolot macha skrzydłami i korpusem jak odlatujący na południe wielki ptak, który nerwowo przyspiesza, by dogonić swój klucz.
Nie wytrzymuję, bo już moje dyplomatyczne i krygujące zachowania przegrywają z odruchami Pawłowa. Nakładam na głowę bluzę, zaciskam mocno uszy, chwytam nerwowo Jakuba za rękę. I krzyczę. Najzwyczajniej w życiu krzyczę,ku zdziwieniu i politowaniu innych pasażerów. Koledzy liderzy ratując resztki mojej godności mówią, że tego nie słyszeli, ale to nie prawda. Słyszał to pewnie sam kapitan samolotu.
Przejście przez bramkę biura imigracyjnego idzie nam nadspodziewanie szybko. Nastawialiśmy się na jakieś niemiłe sytuacje problemowe, a tu kilka pytań, odciski palców i już jesteśmy " pod drugiej stronie lustra" jakby powiedziała Alicja w Krainie Czarów.























Hotel Renaissance bardzo klimatyczny. Pierwsze chwile w recepcji dzielimy na zakwaterowanie, słuchanie nieustannych uwag tłumaczy i odreagowanie podróży. Czuję się bardzo zmęczona, rozbita, oszołomiona.
Wchodzę do pokoju i mam ochotę rzucić się na łóżko. Tylko nie wiem właściwie które, bo w naszych jednoosobowych pokojach są dwa wielkie łoża. Do tego wielki telewizor i wielkie, piękne lampy. Pokój staje się ukojeniem po podróży. Może i popłakałabym sobie,żeby odreagować stres, ale starcza czasu na szybki prysznic, bo zaraz wyruszamy na popołudniowy spacer po Waszyngtonie.
W hallu hotelu dostajemy program wizyty. To już nie jedna kartka, ale prawdziwa książka- o nas, o miejscach, które zobaczymy i osobach ( organizacjach), które odwiedzimy. Program wypełniony każdego dnia do wieczora. Niestety wyczytuję, że do Pittsburgha i Nowego Jorku będziemy lecieli samolotem. Moje Ja protestuje- nieeeeeeeeeeee!
Na spacer zabiera nas Val Chlebowski- doświadczony tłumacz. Po przez stalowe chmury oglądamy piętrzące się w chmurach budynki.W powietrzu wisi burza, która nas dopadnie, kiedy zdecydujemy się wracać.
Oglądamy miejsca, budowle, które ogląda pewnie każdy turysta w Waszyngtonie.
I dziwimy się. Coś nam mówi,że ta biała rezydencja, przy której stoli dość pokaźny tłumek musi być interesująca. I ten biały domek okazuje się być Białym Domem. Zabawne, bo w tv wygląda na o wiele większy i robi bardziej prestiżowe wrażenie. Mijamy po drodze pomnik Kościuszki i kilka jeszcze rządowych budynków. 
Wracając do hotelu zahaczmy o McDonalds, bo bardzo chce nam się pić, a wszystkie sklepy już zamknięte.
 To było ciekawe doświadczenie. Wzbudziłyśmy w lokalu zainteresowanie. Białe kobiety, a poza nami tylko lokalne żule. I konsternacja sprzedawców, bo nie mają w kasie pieniędzy, by wydać ze stu dolarowego banknotu.
Śmietankowy rożek tak wielki,że nie mam siły zjeść go do końca.
Przed hotelem znajduję kilkucentową monetę. Na pewno na szczęście!- myślę sobie.
Niektórzy, niestrudzeni podróżą robią wieczorny wypad na miasto. Ja marzę, by położyć się spać. 
Chcę jeszcze podłączyć się pod internet, by napisać kilka słów na blogu. Niestety nie mam połączenia i bardzo mnie to irytuje. Wgrywam zdjęcia. Wysyłam sms-y do najbliższych. Włączam tv i nie wiem kiedy zasypiam snem sprawiedliwego.


sobota, 4 sierpnia 2012

Kocham Cię, kocham, Cię, kocham Cię Polsko!

W samo południe wyruszyłam z domu. Krótkie pożegnania z Rodziną. Nie lubi pożegnań, więc tylko serdeczne uściski, przygotowywaliśmy się do tego rozstania już jakiś czas prowadząc długie rozmowy. Najbardziej żałuję, że praktycznie mijam się z moją Karusią. Ja wyjeżdżam, a ona wraca z pierwszej tak długiej pracy z Łeby w poniedziałek. Nie widziałyśmy się miesiąc. Tęsknię bardzo, bardzo...
 Najpierw Wrocław. Cudowna podróż z moim Miłym, który mnie odwozi na dworzec. Dużo słów, dużo spojrzeń, pocałunków i łez. 
Rano było pyszne wspólne śniadanie, które celebrowaliśmy bez pośpiechu. Michał wczesnym rankiem poleciał na zakupy, by przygotować Królewskie Śniadanie. Doskonałe, bogate w smaki, zapachy, kolory. Pięknie podane, z sercem i czułością.A na deser śniadaniowy  borówki w bitej śmietanie. Cały Michał. Najlepszy kucharz na świecie!
Z Wrocławia Polskim Busem do Warszawy.  Do stolicy droga prosta jak drut. Polska żegna mnie sierpniowym, pięknym popołudniem. Zboże już pokoszone, na polach bladozłociste bele ze słomą. Zielenią się długie łodygi kukurydzy. Mijamy wioski, miasteczka, miasta. W co drugiej miejscowości wesele pod jakąś świetlicą, zajazdem.
Nie przepadam za Mazowszem. Płaski horyzont, domy jakieś takie jakby z kartonu posklejane-malutkie, biedne, smutne, a dla kontrastu co jakiś czas bombastyczne, nie wiadomo skąd łuki, wieżyczki ala minarety, cokoliki, filarki...Nic w moim smaku. I pełno, pełno przydrożnych reklam. Krzyczących, plastykowych , poszarpanych od wiatru i zmęczonych już ulicznym życiem.
Wiem, u nas, na Dolnym Śląsku też większość domów zaniedbanych, zrujnowanych, ale one przynajmniej kiedyś, "za Niemca" były pysznymi piętrowymi domami z kamienia i drewna z obejściem, szopą, stajenką...
Mój Dolny Śląsk jest najpiękniejszy w całej Polsce, tak myślę szczerze i za każdym razem, kiedy jadę w stronę Warszawy. To jest moja Polska właśnie. Pogórze izerskie, Dolina Pałaców i Ogrodów, Odra, Bóbr, stare folwarki rozsiane po wioskach malowniczych jak Toskania...
Koło jedenastej w nocy spotykamy się już w pierwszej, małej grupce w hotelu pod lotniskiem. Krótka odprawa - jestem ja , Wojtek, Alina i Piotrek. 
Sprawdzamy najważniejsze rzeczy: paszporty, deklaracje, list z ambasady.
Jutro wstajemy prze świtem, Zegarki nastawione na 3.45. O 4.30 zbiórka w hallu hotelu. Aliny mąż weźmie nasze bagaże i samochodem zawiezie na lotnisko, my przejdziemy te kilkaset metrów. 
Przepakowuję jeszcze bagaż, część z podręcznego wkładam do dużej walizki.
Jutro rozpoczyna się wielka przygoda i wielka niewiadoma.
Warszawa Okęcie 7.15 odlot do Frankfurtu. 9.00 wylot do Waszyngtonu. O 15.00 czasu lokalnego mamy być na miejscu. U was pewnie będzie około 21 wieczorem.
Jak zobaczycie w ten jutrzejszy, niedzielny poranek sierpniowy samolot nad waszym niebem, to pomachajcie, bo być może będę w nim właśnie ja! 

czwartek, 2 sierpnia 2012

Szlachetna sztuka dokonywania wyborów- pokaż mi swoją walizkę, a powiem ci, czy aby nie za ciężka!



"Gdy przygotowujesz się do podróży, wyłóż przed sobą wszystkie ubrania i wszystkie pieniądze, które chcesz zabrać. Następnie wyrzuć połowę ubrań oraz weź dwa razy więcej pieniędzy."
Susan Heller
 Tak, to ten moment właśnie.Można powiedzieć, że jestem spakowana. W myślach pakuję się już od kilku dni. Przypominam sobie rady przyjaciół, tych liderów, którzy mają  doświadczenia z poprzednich wyjazdów. Zrobiłam najpierw krótką notatkę w notesie, by niczego nie przeoczyć. Do pakowania ubrań przymierzałam się kilka razy, by zminimalizować ich zawartość w walizce. Wszyscy mówią: nie bierzcie dużo, wszystko sobie kupicie! 
No właśnie, czy Ameryka jest nadal takim rajem zakupowym? To mnie właśnie zastanawia. Jakby co, to pół walizki puste. Nie wierzycie? I ja sama jestem z siebie bardzo dumna. 
Nie jestem przekonana, czy chciałabym przywieść z podróży do USA kolejne ubrania z "sieciówek". Wolałabym pobuszować po antykwariatach za albumami. Marzę by szwendać się po pchlich targach, secondhandach. O! Tak! To byłby dla mnie raj zakupowy. Wierzę,że przywiozę coś, co będzie niesamowite- może kolejny kafelek, czy kolorowe szkiełko...
Któregoś wieczoru skusiłam się i wygooglowałam sobie miasta i miejsca w których będziemy. Potem jakoś tak weszłam na videoblogi Polaków, którzy opowiadają w nich o życiu w Stanach. W co drugim filmiku porównywanie produktów spożywczych typu: czy to prawda, że chipsy w US są w większych opakowaniach niż w Polsce? Czy hamburgery są większe? batony? czekolady? czy płatki śniadaniowe są tylko w kartonach tak jak na filmach, czy jak u nas w Polsce w opakowaniu foliowym...i tak dalej, i tak dalej, a potem wpadł mi przed oko filmik, jak dziewczyna pokazuje przez cały czas kolejne odcienie lakierów do paznokci ( ten taki błękitny...nie nie raczej lazurowy z drobinkami, a ten cudny nude, każda z was chciałaby mieć, wiem, wiem...). Byłam lekko wstrząśnięta poziomem refleksji i czym prędzej zamknęłam komputer, bojąc się, że jeszcze moment i uwierzę, że jadę do USA- raju lakierów do paznokci i 75 rodzajów coca-coli z automatu.
Zajrzałam na moją listę. Mogę nie mieć ubrań ( choć gdyby zaginął w podróży mój zestaw chybabym się lekko wściekła!), ale żadnej podróży nie wyobrażam sobie bez aparatu fotograficznego. Moja alfa już czeka wyczyszczona pamięć, bateria naładowana, zapasowa karta. To chyba najważniejsze. Telefon z zainstalowanym programem do pisania bloga ( tylko znajdę wi-fi). Ładowarka, laptop, zasilać, przejściówka. Kieszonkowe książki, gazety i anglojęzyczne materiały o Dolnym Śląsku i Wleniu,materiały PAFW, list polecający z ambasady amerykańskiej. Kosmetyki, okulary słoneczne. Generalnie szykuję się na letnią pogodę, w razie czego- dokupię, skoro tak wszyscy sugerują!
Mam też turystyczną suszarkę, prostownicę i podręczne leki. Całość zwieńczają pasy, jakby trzeba było walizkę " spiąć" awaryjnie. 
I adresy polskie i amerykańskie koniecznie muszą znaleźć się w bagażu podręcznym. 
Aparat uwieczniać będzie obrazy przewijające się pewnie w zawrotnym tempie, które mnie oszołomią innością, wielkością, kontrastami. Wizjer będzie jak zawsze moim prawym okiem. I to bardzo możliwe, że, jak po każdej wyprawie będę miała odciśnięty krążek nie od słonecznych okularów, ale od wizjera aparatu. Jestem zachwycona technologią cyfrową aparatów. Wiem, wiem- nie ma porównania z jakością aparatu analogowego, ale umówmy się- jestem tylko fotografem-amatorem. Nie znam się na parametrach technicznych, ale za to fotografuję emocjami, sercem, intuicją. I dzięki cyfrówce będę miała pewność, że klisza mi nie pęknie, że film się nie prześwietli, albo rolka się skończy. Mogę pstrykać i pstrykać!
Zabieram również wielką otwartość i ciekawość świata, tak, by nie kopiować tego, co już o US wiem, co jest powszechnie znane. 
I miłość zabieram wszystkich moich najbliższych, każda myśl będzie z nimi, choćby nie wiem nawet co się działo. Najbliżsi są najważniejsi i będę bardzo tęsknić, i moi kochani też będą tęsknić za mną. Będę tęsknić za przyjaciółmi i za dzieciakami z Bawialni- własnie mija półmetek naszych wspólnych wakacji Lata Na Trawniku. Zżyliśmy się ze sobą! Oj tak, będzie mi brakowało tego gwaru i pytających, świdrujących oczu. I zatęsknię pewnie za moimi współpracownikami, bo przecież jestem z nimi codziennie i jest nam ze sobą dobrze.
Moja babcia, kiedy byłam u niej wczoraj powiedziała:
-Aniu! Tak się o ciebie martwię! Uważaj tam na siebie...ty jesteś taka śliczna, żeby cię nikt nie porwał...( parskam  śmeichem), a babcia ma naprawdę poważną minę i dodaje, żebym tego nie lekceważyła i żebym jej obiecała, że wrócę...
I jak tu nie uwielbiać najbliższych!
Nie wiem, czy jeszcze będę miała na tyle czasu, by napisać przed podróżą- rozpoczynam ją już prawie w to sobotnie południe, ale kto to wie?
Trzymajcie kciuki, aaaa i jeśli chcecie kartkę z "prawdziwych Stanów" to dajcie znać! 
ps. ja tu sobie ironizuję o lakierach do paznokci, a coś mi moja świadomość podpowiada, żebym sprawdziła, czy N A   P E W N O zapakowałam...paszport. Paszport z wizą USA!  Pędzę sprawdzić!



środa, 1 sierpnia 2012

LIDERZY PAFW -więc są osoby, które mają pomysł, który zmieni świat

Do wyprawy zostało już tylko kilka dni. Czas przedstawić dziesięciu " wybrańców losu". Poniżej sylwetki liderów, którzy wezmą udział w wizycie studyjnej do USA w ramach Programu Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności, Szkoły Liderów PAFW, Programu Alumni, Departamentu Stanu USA. Te informacje o nas, to tak po prawdzie suche fakty, ale warto, byście podążając za nami, umiejscowili nas jakoś w przestrzeniach lokalnych i formach aktywności, działalności. 
Więcej i barwniej będzie do opowiedzenia na pewno podczas samej wyprawy. 
Wszystkie informacje o nas znajdują się na oficjalnej stronie Liderów PAFW
Zobaczcie też filmik PAFW dotyczący , kim właściwie jest lider. To wiele wyjaśnia :)
A więc! Poznajcie nas:
MARIA DASZKO, Platerów, woj. Mazowieckie
1 edycja
Jest dyrektorką Związku Placówek Oświatowych w Platerowie, prezesem Nadbużańskiego Stowarzyszenia Oświatowo-Ekologicznego „Mężenin”. Jest niekwestionowaną liderką w społeczności lokalnej, koordynowała i inicjowała wiele projektów edukacyjnych dla młodzieży: „Potęga wyobraźni 2002”, „Student Week”, „Szkoła z klasą 2002”, „Obóz myślenia twórczego 2000”. Jej ostatnim sukcesem jest sfinalizowanie wymiany młodzieży polsko-ukraińskiej oraz organizacja plenerów malarskich. W swojej działalności społecznej zajmuje się przede wszystkim wyrównywaniem szans edukacyjnych.
”First I take Manhattan…”
Mieszkam i mozolę się z całokształtem istnienia na wschodniej rubieży . Jestem dyrektorem szkoły i prezesem stowarzyszenia. Staramy się urozmaicić dolę dzieci wiejskich poprzez rozmaite formy edukacji i wychowania, z myślą o tym aby rozwijały osobowość i aspiracje. Zrealizowaliśmy 68 dotacji organizacji  wspierających tę banalną ideę. Co wyprawiamy, pokazują  nieco strony: www.platerow.org  i  www.pgplaterow. w.interia.pl
Ameryka ma być dla mnie i mojego środowiska inspiracją na kolejne lata
ALINA DĘBOWSKA, Bielsk Podlaski,  podlaskie
4 edycja
Fundusz Lokalny na Rzecz Rozwoju Społecznego
Alina jest etnografem, pracuje w Muzeum w Bielsku Podlaskim. Jest liderką wnoszącą wiele do dorobku kulturowego
 i promocji regionu - Alina planuje, koordynuje, wdraża, rozlicza projekty, organizuje akcje promocyjne i pozyskuje sponsorów. Zrealizowała wiele projektów, między innymi: "Ich świat - naszym światem, czyli spotkania pokoleń" w ramach programu "Łączymy pokolenia", "Ikona - nasze dziedzictwo", "Sztuka nie zna granic, czyli spotkania pokoleń".
Za swoje największe osiągnięcia uznaje to, że mieszkańcy Bielska Podlaskiego i okolicznych wsi chętnie biorą udział w projektach Aliny. Projekty przyczyniają się do wzmocnienia więzi międzypokoleniowych, aktywizacji środowiska, zachowania dziedzictwa kulturowego regionu oraz dobrego zagospodarowania czasu wolnego dzieci i młodzieży. Jest także współautorka projektu badawczego zajmującego się ochroną ręcznika obrzędowego na terenie powiatu bielskiego
 i hajnowskiego. W ramach projektu powstała strona internetowa www.bielskirezcznik.pl - największa baza internetowa ręcznika- ponad 500 obiektów zinwentaryzowanych w terenie. Działania zostały docenione przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego , który objął projekt honorowym patronatem. W ramach projektu odbywają się warsztaty, prelekcje. Powstała wystawa planszowa, która "wędruje" od wioski do wioski. Prezentowana na płotach cieszy się wielkim zainteresowaniem. Miała już 20 odsłon. Powstał też produkt lokalny- torba z tkaniny zdobiona haftem lub koronką o wzorze z ręcznika ludowego. Od 2009r. działa w Funduszu Lokalnym na Rzecz Rozwoju Społecznego.
KRZYSZTOF GORCZYCA, Lublin, lubelskie
6 edycja- tutor
Polska Zielona Sieć, Towarzystwo dla Natury i Człowieka
O sobie (Gdzie i dlaczego działam społecznie?): Działam społecznie gdyż powiedziano mi, że to podnosi pozycję na rynku matrymonialnym. Ożeniłem się i dalej działam, więc to chyba nie o to chodzi. Działam w Lublinie, Mołodiatyczach i Peresołowicach, Tajkurach w obwodzie równieńskim, Pohoście Zarzecznym nad Prypecią,Władysławowie gmina Dzwola, Andrzejówce gmina Biłgoraj, Wojsławicach powiat chełmski, Biszczy i Obszy, Dolinie Łętowni, Dolinie Szyszły i Dolinie Sienochy. Za pomocą klawiatury, młotka typu pucka z zestawem dłut o wdzięcznych nazwach jak gradziny i szuleraki, roweru i fotoaparatu działam na rzecz rozwoju tych okolic i zachowania w nich tego co mają najcenniejsze: miejsc cennych przyrodniczo, zagrożonych gatunków (starodub łąkowy, modraszek nausitous i modraszek telejus, czerwończyk nieparek i czerwończyk fioletek...) oraz kulturowego dziedzictwa w postaci cmentarnego kamienia, starego i pięknie obrobionego i muzyki starej pięknie zaśpiewanej, zaskrzypionej, zabębnionej i zatańczonej przez starych, coraz mniej licznych mistrzów. Ale i przez młodych, coraz liczniejszych mistrzów. Czasem udaje się spotkać ich ze sobą, spotkać ich z publicznością albo z radiosłuchaczem...
JAKUB JAJUBOWSKI, Radzyń Podlaski, lubelskie
6 edycja
"Stuk-Puk" Radzyńskie Stowarzyszenie dla Kultury
Od trzech lat mieszkam w Radzyniu Podlaskim, gdzie wspólnie z żoną Justyną - po ukończeniu studiów artystycznych
 w Lublinie - założyliśmy studio grafiki i ilustracji "3J". Zajmujemy się projektowaniem graficznym - książki, plakaty, czasopisma, a także ilustracje to nasz chleb powszedni. W 2008 roku wspólnie z grupą znajomych i przyjaciół założyliśmy "Stuk-Puk" Radzyńskie Stowarzyszenie dla Kultury. Kluczem miało być pukanie do drzwi, do głów, do ludzkiego zainteresowania kulturą i sztuką. Zajmujemy się animacją nieszablonowych działań kulturalnych, które nie mieszczą się w ofercie kulturalnych instytucji naszego miasta, a poprzez które udaje nam się przyciągać często ludzi zupełnie nie oswojonych z muzyką, filmem, czy sztukami pięknymi. Od 2008 roku w każdy trzeci tydzień sierpnia organizujemy "Ramole" - Radzyński Przegląd 'Old' Filmów. W scenerii Pałacu Potockich, pod chmurką wyświetlamy najstarsze czarno-białe filmy. Co roku odwiedza nas łącznie kilkaset osób. W 2009 roku zorganizowaliśmy Radzyńskie Spotkania Artystyczne "Szukamy Pikasa" podczas których 6 twórców skupionych w stowarzyszeniu zaprosiło 6 artystów
z różnych miast Polski. Konfrontacja spojrzeń na nasze miasto pozwoliła wszystkim odnaleźć zupełnie nowe inspiracje.
W grudniu tego samego roku miała w Radzyniu miejsce premiera filmu "Dziadki-dziatkom. Pamiętnik ze Starego Radzynia", którego jestem reżyserem. W filmie ośmioro najstarszych mieszkańców miasta opowiedziało o tym jakim pamięta Radzyń swego dzieciństwa. Film spotkał się z ogromnym lokalnym zainteresowaniem. W marcu 2012 roku film został nagrodzony w ogólnopolskim konkursie "UTW dla społeczności" jako przykład dobrego działania międzypokoleniowego w małej społeczności. Nagroda wręczana była radzyńskiemu UTW w obecności Premiera RP oraz Pierwszej Damy RP. Nagroda dodała nam motywacji do dalszych działań międzypokoleniowych. Na 2012 rok zaplanowaliśmy realizację drugiej części filmu. Od 2011 roku wspólnie z żoną prowadzę w Radzyniu Podlaskim Kawiarnię i Herbaciarnię Artystyczną "Kofi&Ti". Stworzenie tego miejsca pomogło nam zrealizować marzenie o przytulnym lokalu w którym będzie można spróbować dobrej kawy i ciasta, ale także zetknąć się z atmosferą jakiej w Radzyniu brakowało - kulturalną, rozwijającą i uczącą. I udało się. Dziś w kawiarni odbywają się regularne spotkania z seniorami podczas których oglądamy i dyskutujemy o starych zdjęciach Radzynia, warsztaty dla młodszych i starszych, pokazy filmów, spotkania z ciekawymi osobami, dyskusje, wystawy i inne wydarzenia. Można powiedzieć, że prowadzimy taki swój prywatny mini-dom kultury :) Więcej o mnie na www.stuk-puk.art.pl [strona stowarzyszenia] www.3jstudio.pl [strona mojego studia grafiki] www.facebook.com/kawiarnia.kofitil [strona kawiarni]
ANETA KIELAK-DZUDZIK, Zielonka, mazowieckie
1 edycja
Stowarzyszenie POROZUMIENIE DLA ZIELONKI
Projekty realizuje w Stowarzyszeniu Porozumienie dla Zielonki. Jest koordynatorką głównie projektów artystycznych
 i teatralnych stowarzyszenia, m.in.: "Biesiada Teatralna ZA KURTYNĄ", "Animacje Teatr", "Nasz prawdziwy Teatr". Zajmuje się aktywizacją kulturalną młodzieży. Cel swojej pracy materializuję więc głównie w projektach animacji artystycznej i upowszechniania kultury realizowanych dodatkowo w aspekcie wyrównywania szans edukacyjnych dzieci
 i młodzieży z małych miejscowości. Jestem absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, zawodowo związaną z Teatrem Ateneum w Warszawie
ANNA KOMSTA, Wleń, dolnośląskie
7 edycja
Dojrzewalnia Róż, Narodowe Centrum Kultury, Ośrodek Kultury, Sportu i Turystyki we Wleniu, PARTNERSTWO LOKALNE DZIAŁAJ (NA)GMINNNIE we Wleniu!, Stowarzyszenie MIASTA W INTERNECIE, Szkoła Tańca Tabor Jelenia Góra, Uniwesrystet Dusiburg Essen Niemcy, WĘDRUJĄCE FORUM KULTURY DOLNEGO ŚLĄSKA ( Domy Kultury +)
Titanica zbudowali profesjonaliści, Arkę Noego amatorzy...lubię ten cytat :) Od 5 lat jestem dyrektorem ośrodka kultury w małej społ. lokalnej. Porzuciłam pracę w szkole, kiedy zaczęłam odnosić wrażenie, że zamiast skupiać się na spotkaniu z drugim człowiekiem (uczniem, rodzicem, nauczycielem) zostałam wtłoczona w system biurokracji, rutyny, nikomu nie potrzebnych planów, diagnoz, analiz, badań. Coraz więcej papierów, coraz mniej uwrażliwienia, podążania za rozwojem osobistym i uczniów, jego potrzebami, sukcesami, lękami. Zaryzykowałam- zrobiłam życiową voltę i wygrałam konkurs na dyrektora w zapyziałym infrastrukturalnie, organizacyjnie, intelektualnie i mentalnie ośrodku kultury.
 Z tego jestem dumna:
1. Opracowanie w dialogu społecznym Strategii Rozwoju OKSIT we Wleniu w środowisku lokalnym ( analiza SWOT, misja, wizja, programy działań )
 2. Zainicjowanie lokalnego dialogu społecznego : Federacja Rad Sołeckich Grupa Planowania Strategicznego Partnerstwo Lokalne DZIAŁAJ NA(GMINNIE) we Wleniu WĘDRUJĄCE FORUM KULTURY Dolnego Śląska- budowanie regionalnej sieci instytucji kultury
3. Autorskie programy, które powstały w ramach partycypacji społecznej:  MŁODY WOLONTARIAT WLEŃ  SZTUKMISTRZYNIE- budowanie lokalnej sieci kobiet z pasją (wspieranie, promowanie i dzielenie się doświadczeniem w działaniu lokalnym )  Prowadzenie cyklu DEBAT SPOŁECZNYCH dot. ważnych lokalnie problemów społecznych ( rewitalizacja miasta, młodzież w działaniu, kultura, edukacja, ekologia, społeczna odpowiedzialność biznesu )- badania w działaniu, przyczynek do diagnozy społecznej  Cykliczne działania charytatywne na rzecz mieszkańców potrzebujących pomocy
 4. Ważne projekty, które określiły naszą lokalną tożsamość i zaangażowały społeczność lokalną:
  WLEŃLANDIA- miasteczko dzieci-partycypacyjne działania lokalne na rzecz rozwoju i kreatywności dzieci poprzez kulturę i animację społeczną
 Urodziny ulicy CHOPINA- integracja społeczna, sąsiedzka, rewitalizacja więzi społecznych poprzez animację kulturalną  URODZINY WLEŃSKIEJ GOŁĘBIARKI- budowanie i kultywowanie tożsamości lokalnej
 Projekt międzynarodowy KINDER SPIELEN THEATER – budowanie integracji europejskiej poprzez dziecięcy dialog kulturowy (OKSiT jako partner wiodący). Projekt w tym roku otrzymał prestiżową nagrodę Deutschland Land der Ideen 2012
  KAŻDY SKĄDŚ - projekt długofalowy, wieloetapowy , którego geneza leżała u podstaw mojej osobistej potrzeby zatrzymania w czasie historii rodzinnych i powojennych losów repatriantów z Kresów Wschodnich, budowania tożsamości lokalnej przez osobiste narracje historyczne 1. OD OJCOWIZNY DO OJCZYZNY. Badanie, zbieranie, dokumentowanie, spisywanie losów wybranych mieszkańców gminy, którzy po II wojnie światowej trafili na tzw. Ziemie Odzyskane- wystawy w lokalnym środowisku ( szkoły, pałace, instytucje kultury, biblioteki) 2. SAMI SWOI I OBCY. Z KRESÓW NA KRESY –książka, zwarty zbiór reportaży i nieretuszowanych zdjęć „repatriantów”, którzy po II w ś osiedlili się na Dolnym Śląsku. Wśród nich moja narracja o dziadku i babci- to wyjątkowe i wzruszające doświadczenie (realizacja marzenia- cel osiągnięty!) 3. Projekt edukacyjny KAŻDY SKĄDŚ. Patriotyzm 3D. Dom, Dzieje. Dziedzictwo- dofinansowany przez Muzeum Historii Polski w Warszawie. Efektem projektu jest zwarte wydawnictwo z prezentacjami multimedialnymi gimnazjalistów z powiatu zawierającymi losy Polski pokazane przez pryzmat historii rodzinnych ( poparte dokumentami, zdjęciami, artefaktami, zapisami dźwiękowymi itp.)
 ZOSTAŃ CZARODZIEJEM! Pomóż nam stworzyć Bawialnię dla dzieci we Wleniu!- partycypacyjne działania na rzecz konkretnej grupy mieszkańców. Projekt, który generuje ( w dalszym ciągu trwa) wiele pozytywnych doświadczeń. Ma charakter wielkoformatowy- od fizycznego i czasowego zaangażowania mieszkańców po budowanie sieci lokalnych powiązań, relacji, wartościowania rzeczywistości poprzez wspólną kreację
i społeczną odpowiedzialność.
PIOTR KOZIOL, Stare Budkowice, opolskie
6 edycja
STowarzyszenie Budkowice, Stowarzyszenie PRO, Towarzystwo Społeczno - Kulturalne Niemców na Śląsku Opolskim, Związek Młodzieży Mniejszości Niemieckiej, Śląskie Stowarzyszenie Samorządowe
Działam, by mój region rozkwitł. Jest dla mnie mnie ważne, by bogactwo różnorodności w okolicy było naszą wspólną mocną stroną. Wspieram rozwój regionu i pomagam osiągnąć ludziom sukces.
ANNA OSIADACZ, Milanówek, mazowieckie
7 edycja
Fundacja Lwów i Kresy Południowo-Wschodnie, Milanowski Uniwersytet Trzeciego Wieku, Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych PARABUCH, Towarzystwo Miłośników Milanówka
Mieszkam i działam w podwarszawskim Milanówku - Mieście Ogrodzie. Kocham swoje miasteczko i jego potencjał: wspaniałych, wartościowych ludzi, piękne uliczki, wille, historię, piękny starodrzew i cudowny klimat. Swoją aktywność realizuję w obszarze kultury, uważam, że to najwdzięczniejsze pole do integracji ponad podziałami, dające wiele możliwości wspólnego działania i wielką satysfakcję ze wspólnie zrealizowanych wydarzeń. Jestem dyrektorem Milanowskiego Centrum Kultury, dzięki czemu współpracuję z wieloma organizacjami pozarządowymi, a także mieszkańcami i samorządem. Ponadto, jestem członkiem Rady Programowej Milanowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, członkiem Stowarzyszenia Inicjatyw Twórczych PARABUCH i Fundacji Lwów i Kresy Południowo-Wschodnie.
Dzięki tym działaniom mój punkt widzenia roztacza się
z różnych poziomów: samorządowego, dyrektora instytucji kultury, członka NGO, co ułatwia zrozumienie wszystkich stron, współpracę i owocuje wieloma ciekawymi - zrealizowanymi wspólnie z mieszkańcami - projektami. Staram się promować model partycypacyjnego zarządzania miastem, zaczęliśmy od mojego kulturalnego podwórka: wspólnie z mieszkańcami przygotowaliśmy strategię rozwoju kultury w naszym mieście, teraz pora na małą architekturę i zagospodarowanie przestrzeni publicznej.
Zapraszam do Milanówka na kulturalne spotkania, krówki
i truskawki oraz fantastyczny spacer wśród wiekowych dębów!
BARTOSZ RIEF, Tczew, pomorskie
6 edycja
     Alternatywne Centrum Kultury "Zebra", Fundacja Pokolenia
O tym  gdzie teraz jestem ma swoje korzenie w muzyce. Wyrastając z kultury hardcore/punk przyjąłem nie tylko chęć do wyładowywania emocji poprzez granie i krzyczenia o tym co boli i drażni, ale także potrzebę zmiany, potrzebę reagowania, potrzebę działania. Od sali prób, od słowa do słowa, od przelatujących przez głowę planów powstała idea, a następnie kolektyw i miejsce. Te trzy elementy składają się na to czym jest Alternatywne Centrum Kultury "Zebra", którego jestem członkiem. Oprócz tego na co dzień jestem pracownikiem Fundacji Pokolenia gdzie m.in. zajmuję się Programem Działaj Lokalnie oraz prowadzę Pracownię Sztuki Użytkowej.
WOJCIECH TOMKIEWICZ Jedlicze,  podkaprpackie
3 edycja
Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych ROTA w Jedliczu, Stowarzyszenie MŁODE ŁABĘDZIE w Czortkowie (Ukraina), Stowarzyszenie Twórców i Animatorów Kultury Ludowej REGIONALIZM w Korczynie
Po raz pierwszy z działalnością organizacji pozarządowej zetknąłem się w roku 1994. Wtedy zaangażowałem się w czynną działalność Stowarzyszenia na Rzecz Osób Niepełnosprawnych RAZEM w Chybiu (Śląsk Cieszyński), uczestnicząc w charakterze opiekuna osób niepełnosprawnych w corocznych turnusach dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej, organizowanych przez Stowarzyszenie. Pracę wolontariusza z osobami niepełnosprawnymi kontynuuję do dnia dzisiejszego. Od roku 2005 współorganizuję coroczne pobyty grup dzieci niepełnosprawnych z Ukrainy w Polsce. Stało się to możliwe dzięki podjęciu współpracy ze Stowarzyszeniem MŁODE ŁABĘDZIE w Czortkowie, prowadzącym dzienną placówkę opiekuńczą dla osób niepełnosprawnych w tym mieście. Na bieżąco staram się organizować zarówno akcje charytatywne dla polonii ukraińskiej w Czortkowie, angażując w nie licznych wolontariuszy w swoim środowisku, jak też wspólną wymianę młodzieży i dorosłych, chcących utrzymywać więzi z rodakami na wschodzie europy. W roku 2003 m.in. z mojej inicjatywy powstało Stowarzyszenie REGIONALIZM w Kroczynie, którego do dzisiaj jestem prezesem. Stowarzyszenie to od początku istnienia jest organizatorem Przeglądu Pieśni i Muzyki Ludowej KROPA w Korczynie z udziałem ok. 450 artystów ludowych z regionu Podkarpacia oraz innych ważnych wydarzeń, mających na celu zachowanie dziedzictwa kulturowego regionu. Działam ponadto w Stowarzyszeniu Inicjatyw Społecznych ROTA w Jedliczu (www.rota-jedlicze.pl). Także w życiu zawodowym mam okazję realizować wiele swoich pasji. Od 2003 roku kieruję Gminnym Ośrodkiem Kultury w Korczynie. W roku 2008 jestem ekspertem Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, powołanym do oceny merytorycznej wniosków w programie współpracy transgranicznej INTERREG Polska – Republika Słowacka. W roku 2010 wystartowałem w wyborach do Rady Powiatu Krośnieńskiego i uzyskałem mandat radnego. Przewodniczę komisji budżetu i finansów. Zasiadam tez w komisji transportu, bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz w komisji oświaty i kultury. Wybór mieszkańców mojej gminy traktuję jako zobowiązanie do pracy na rzecz poprawy ich warunków życia.
Powracam do obowiązków zawodowych i pierwszych przymiarek do pakowania walizki, a to nie lada wyzwanie!
Dziś prezentuję również nasze piękne logo, które zaprojektował Jakub Jakubowski.