wtorek, 7 sierpnia 2012
Washington- CZEKOLADOWE MIASTO
Waszyngton, 6 sierpnia 2012, godz. 6.30 rano czasu lokalnego
Budzę się zanim zacznie dzwonić budzik w komórce. Sen zabrał wszystko zmęczenie i stres. Włączam tv, włączam komputer, ale nadal nie mam połączenia z internetem. Długi prysznic , do śniadania jeszcze tyle czasu.Wskakuję (dosłownie, bo łóżka bardzo wysokie- a dla mnie,szczególnie). Piszę notatkę na bloga przez telefon komórkowy.Jest mi już dobrze. Napięcie , rodzaj oszołomienia, rozbicia minął. Ciekawa byłam swoich reakcji na zmianę czasową. Zdecydowanie poszłam wczoraj bardzo szybko spać- ok. 10tej i praktycznie przespałam całą noc. Sen to dla mnie najlepsze lekarstwo na regenerację.
Czuję się jak nowo narodzona . Wracam do gry. Doskonale sprawdza się "przejściówka" na prąd. W pokoju hotelowym nie brakuje niczego - suszarka, żelazko, nawet deska do prasowania w schowku, a w szufladzie egzemplarz Biblii dla Mormonów. Che mi się pić, ale woda, która stoi na komodzie płatana 4 dolce za butelkę. O nie, ale nic to. Wyciągam jeszcze zapasową butelkę, którą kupiłam za 5 zł na Okęciu. W samolotach tak o nas dbali, co chwile donosząc napoje na życzenie, że jej nie wypiłam.
Umawiamy się na śniadanie na 8 rano, choć hotel serwuje je od 6.30. Jem je w towarzystwie Ani Osiadacz., Krzśka Gorczycy ( obydwoje wegetarianie), po chwili dołącza do nas Wojtek Stremel- nas tłumacz. To kolejna okazja do wsłuchania się w ciekawe dykteryjki i cenne uwagi. Nasi tłumacze są nieocenioną kopalnią wiedzy o USA. Oprócz tego, że czujemy się przy nich bezpiecznie, bo są praktycznie zawsze krok przed nami, to ich doświadczenia i rady dosłownie chłoniemy przez skórę.
W bufecie zaglądam w każdą miskę, półmisek, koszyczek. Zjadam wszystko oczami, ale wiem z doświadczenia,że dużo mi do szczęścia nie potrzeba. Ot, miska świeżych owoców- melony kilku, rodzajów, truskawki, ananasy, jabłka, brzoskwinie, wyfiletowane pomarańcze różnych kolorów, grapefruity, jagody. Jogurty w kilku smakach, mleko, płatki różnorodne lub ciepła owsianka.
Wśród zimnych dań łosoś wędzony, siekane jajka na twardo, kapary, cebulka, pomidory, pasty, sery. W kopulastych, gorących misach z przykrywką- pieczone ziemniaczki z warzywami, jajecznica, różnego rodzaju kiełbaski, chrupiący bekon, naleśniki. Na osobnym stoliku ciasta, pączki, bajgle, kilka rodzajów chleba tostowego i toster, by można było sobie podpiec pieczywo.
Próbuję tylko łososia z kaparami i bekon, bez pieczywa, bo świadomie wybieram misę różnorodnych owoców z owsianką. Kelner donosi do stolika kawę i pomarańczowy sok.
Po śniadaniu pędem spotykamy się w pokoju Bartka i wyrzucamy na jego łóżko wszystkie nasze gifty i gadżety. Burza mózgów, co do czego, dla kogo i kiedy. Niestety muszę wrócić do pokoju, bo w ręku oprócz torebki miałam jeszcze...pidżamę. sic!
Czas w naszym pięknym, czarnym karawanie to czas odprawy. Tu ustalamy szczegóły dnia, dowiadujemy się gdzie jedziemy, kogo spotkamy i na co możemy liczyć.
Pierwszy dzień w Waszyngtonie ma charakter całkowicie oficjalny. Rezydencja Meridian International Center http://www.meridian.org/ jest piękną , wypieszczoną rezydencją, otoczoną pięknymi starymi drzewami, ogrodem kwiatowym pełnym rzeźb i gardenii, z fontanną naprzeciw głównego wejścia.. Sam widok robi na nas niezwykłe wrażenie.
W środku, niczym w muzeum kamienne filary, kręcone schody, stare potężne stoły i kryształowe żyrandole. Jesteśmy zapraszani do "zielonego" salonu. Tam już czekają nas wizytówki z naszymi nazwiskami, materiały, napoje i wielka mapa z zaznaczoną czerwonymi pinezkami mapą naszej wizyty.
Wpinamy w ucho słuchawki, by słyszeć tłumaczenia symultaniczne. Nasi tłumacze przez cały dzień wymieniają się , by tłumaczyć nam wszystkie wypowiedzi prelegentów. Val, Wojtek i Jacek. Po kilku godzinach potrafimy już nie patrząc na nich śmiało powiedzieć, który z nich tłumaczy, bo nie tylko mają charakterystyczne głosy, ale również specyficzną osobowość, która c jakiś czas przebija przez ich słowa. W "zielonym pokoju" spędzimy większość dzisiejszego dnia.
Co charakterystyczne, w USA króluje klimatyzacja. Na dworze 33 stopnie, a w pomieszczeniach odczuwalne zimno, tak,że wskazane jest jakieś nakrycie na ramiona. I przekonujemy się,że jest tak wszędzie, niezależnie od standardu pomieszczenia, lokalu, instytucji.
Podczas tego oficjalnego spotkania z przedstawicielami Departamentu Stanu USA czujemy napięcie, jakie zwykle towarzyszy chwilom podniosłym. To jakby "świąteczny" dzień. Zarówno Ms. Lani Makholm, dr Michele Titi jak i najmłodsza Ms, Nafisa Isa na każdym kroku dają nam odczuć, jacy jesteśmy wyjątkowi. Witają nas w imieniu United States Departament of State. To one od lat koordynują program International Visitor Lesadership, dzięki któremu i my trafiamy na listę już ponad 5 tysięcy szczęśliwców z całego świata.
Czuję się naprawdę wyróżniona, widzę,że moi przyjaciele Liderzy też odczuwają dumę. Co tam będziemy ściemniać- wzruszyliśmy się. Panie szczegółowo opowiadają nam o programie oraz omawiają każdy dzień programu. Słuchamy, słuchamy, słuchamy...
Przed lunchem uroczyście każdy z nas otrzymuje kopertę z wł. nazwiskiem, grubo wypełnioną podróżnymi czekami. Otrzymujemy w sumie 1750 dolarów amerykańskich w czekach, które to pieniądze mają pokryć nasze wydatki związane z noclegami, wyżywieniem, taksówkami, napiwkami i drobnymi przyjemnościami. Nocleg i lunch w Washingtonie już zostały zapłacone z góry. Podpisujemy każdy czek, tak jak podpisaliśmy się w paszporcie. Część dokumentów zwracamy koordynatorom, oni w tym czasie skanują wszystkie nasze dokumenty- paszport, wizę, bilety lotnicze, formularz imigracyjny.
Na lunch jedziemy do Busboys and Poets http://www.busboysandpoets.com. To miejsce spotkań różnych kultur zamieszkujących Washington. Księgarnia, scena, bar. Kolorowo, gwarnie, inspirująco. Ludzie zagadują do nas, uśmiechają się, robią sobie z nami zdjęcia. Marokański właściciel opowiada o misji tego niezwykłego miejsca: gościach, programie, spotkaniach. My w tym czasie zajadamy lunch. Sałatę na przystawkę i do wyboru danie główne. Porcje są tak wielkie, że nie mieszczą się na talerzu. Zamawiam falafela z maleńkimi, dość pikantnymi mięsnymi kulkami. Nie daję rady zjeść wszystkiego, tym bardziej,że rozmowa jest pasjonująca, a na deser wjeżdża potężny talerze jeszcze gorącego brownie ( mokrego ciasta czekoladowego) w asyście wielkich krążków ciastek z kawałkami czekolady. Jesteśmy syci i podekscytowani. Nasi prelegenci zachwycają się prezentami od nas. To miłe.
Wracamy do Meridian ma wykład o federalizmie, który prowadzi dla nas dr. Steven Billet z George Washington University. Od razu rzuca się nam w oczy piękna blondynka, siedząca obok niego.
- Skąd oni wytrzasnęli taką piękną Amerykankę- myślę sobie. Cóż, piękność okazuje się żoną profesora. To Belgijka...polskiego pochodzenia, która wyraźnie zadowolona jest z udziału w spotkaniu.
Profesor już w pierwszym zdaniu odnosi się do słów Ryszarda Kapuścińskiego, którym jest wyraźnie zafascynowany. To mi zaimponowało, powiem wam.
Z suchego wykładu o legislacji w Stanach płynnie przechodzimy do dyskusji, która nie należy do łatwych i przyjemnych.. Odnosimy się w niej do prawa amerykańskich obywateli do posiadania broni palnej, w kontekście ostatnich, tragicznych wydarzeń ( w pierwszy dzień naszego pobytu wydarzyła się kolejna strzelanina z ofiarami śmiertelnymi, chyba w świątyni sikhów ). Temat rzeka, ale bardzo intrygujący i reprezentatywny, by poczuć choć trochę klimat społeczeństwa amerykańskiego i różnice między tym, co ogólnostanowe,a tym co federalne, lokalne.
Na ostanie już dziś spotkanie jedziemy do Cultural Tourism DC http://www.culturaltourismdc.org/. Na dziesiątym piętrze siadamy w małym, klimatyzowanym pokoju by dać się ponieść narracji dyrektor tej organizacji, która z pasją i autentycznym zaangażowaniem mówi o turystyce kulturowej w Washingtonie. Aż szkoda,że spotkanie takie krótkie, choć i tak przedłużyliśmy je nieco naszymi pytaniami.
W drodze powrotnej do hotelu wykluczamy zakupy, pozostawiając je na Nowy Jork, bo Jacek przekonuje nas, że tam będzie najtaniej na rzecz wieczornego wypadu do knajpek.
Koniec końców lądujemy przed północą w etiopskiej knajpce zajadając rękoma z jednej misy placki maczane w nie do końca zidentyfikowanych pastach- smacznych, kolorowych, pikantnych. Gwar, śmiech, i żarty, które niektórzy z nas będą pamiętać dłużej ( kto wie, ten wie). Dzielimy się na grupy, ja z Wojtkiem, Piotrkiem, Anetą i Aliną wracamy do hotelu. Reszta rusza dalej w miasto. Po drodze znajduję szkiełko od okulara, ha!
Pędzę, bo mam nieodpartą chęć pisania na blogu, bo czuję, że tyle osób czeka, a tu jak na razie nic.
Ps. koniecznie zaglądajcie na vudeoblog Jakuba- tam zamiast słów obrazy z podróży http://www.youtube.com/watch?v=22jPEQDFQ9U&feature=em-uploademail
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Tyle samo lądowań co startów Aniu :)
Waszyngton, kilka minut po 23 czasu lokalnego.Spoglądam na zegarek- u was jest po 5 rano.
Wieczornym spacerem barwnymi ulicami kończymy drugi dzień pobytu w tym mieście.
Zanim zacznę relacje z podróży, chciałabym prosić o wyrozumiałość. Po pierwsze okazuje się,że nie zawsze mam dostęp do internetu, po drugie przepraszam za literówki, czy drobne błędy. Wykorzystuję dosłownie każdą wolną chwilę, by wgrać zdjęcia, czy napisać tekst. Wszystko idzie jakby " na żywo"- teksty pisane
z palca, a zdjęcia bez kadrowania. Sądzę, że ma to również swój urok.Mam nadzieję, że później dokonam korekty.
Abyśmy wszyscy byli na bieżąco zacznę od początku.
Niedziela, 5 sierpnia 2012
Warszawa-Frankfurt- Waszyngton.
Dokładnie 50 lat temu Marilyn Monroe popełniła samobójstwo. Wtedy też była to niedziela. Taki zbieg okoliczności. Świtem zaczynamy drugi etap podróży. Ten najważniejszy.
Wieczornym spacerem barwnymi ulicami kończymy drugi dzień pobytu w tym mieście.
Zanim zacznę relacje z podróży, chciałabym prosić o wyrozumiałość. Po pierwsze okazuje się,że nie zawsze mam dostęp do internetu, po drugie przepraszam za literówki, czy drobne błędy. Wykorzystuję dosłownie każdą wolną chwilę, by wgrać zdjęcia, czy napisać tekst. Wszystko idzie jakby " na żywo"- teksty pisane
z palca, a zdjęcia bez kadrowania. Sądzę, że ma to również swój urok.Mam nadzieję, że później dokonam korekty.
Abyśmy wszyscy byli na bieżąco zacznę od początku.
Niedziela, 5 sierpnia 2012
Warszawa-Frankfurt- Waszyngton.
Dokładnie 50 lat temu Marilyn Monroe popełniła samobójstwo. Wtedy też była to niedziela. Taki zbieg okoliczności. Świtem zaczynamy drugi etap podróży. Ten najważniejszy.
Noc była bardzo krótka. Położyłam się spać ok. drugiej w
nocy a budzik nastawiłam na 3.45. Zrywałam się co godzinę, zlana potem-
raz, że było bardzo duszno, dwa- ciśnienie przed podróżą nie pozwalało mi na
spokojny sen.
Teraz siedzimy już na lotnisku we Frankfurcie czekając na lot do
Waszyngtonu. Dochodzi jedenasta przed południem, lot mamy o 12.30.
Odprawa na Lotnisku Chopina przebiegła w małym napięciu, ale
płynnie. Zawsze jest pewien niepokój czy aby mamy paszporty, rezerwację, czy
odprawa online zrobiona prawidłowo.
W dużym bagażu wiozę domowe pączki, które dla naszych
tłumaczy przygotowała Aga Szelągowska. To ci będzie dla nich niespodzianka!
Pączki z Polski z nadzieniem śliwkowym. I przy okazji my się załapaliśmy na pączki. Pączki o piątej
rano na Okęciu. Pyszne, pachnące drożdżami, wanilią, z ciemnym, kwaskowatym
nadzieniem.
Lot nie należał do przyjemnych, i chyba trudno mi będzie
przechodzić do lotów obojętnie. Ale przyznam, że nie było tak dramatycznie jak
za pierwszym razem. Pewnie to kwestia podróży w grupie. Dłonie nadal miałam
mokre przy starcie, ale potem jakoś trzeba było zaakceptować ten dziwny stan w
„zawieszeniu”. Udało mi się spojrzeć przez okienko, poczytać Rzeczpospolitą ze
zrozumieniem. Lot trwał półtorej
godziny. Na pokładzie zjedliśmy śniadanie – bułka z szynką i papryką, prince
polo i kawa jacobs.
Lotnisko we Frankfurcie, w porównaniu z Okęciem i pięknym
lotniskiem we Wrocławiu wydaje mi się kurnikiem, zaniedbanym lekko. Wprawdzie
wybór gazet, kawy i herbaty za darmo, ale ogólnie jakoś tak szaro i ponuro.
Terminal nie pierwszej świeżości. Siedzimy i nabieramy energii, odreagowujemy
poranny stres.
Piszę notatkę do bloga, zrzucam zdjęcia. Opublikuję je,
kiedy będę miała dostęp do Internetu.
Kiedy wylądujemy w Waszyngtonie będzie ok. 15 czasu
lokalnego, czyli w Polsce około 21 wieczorem.
Nasza grupa jest strasznie wesoła i cały czas prześcigamy
się w błyskotliwych grach słownych., dykteryjkach, ciętych ripostach. Ach ci ludzie od kultury!
Waszyngton, 5 sierpnia 15.00 czasu lokalnego
Miasto wita nas dosłownie ścianą gorącego powietrza porównywalnego z tym na krytym basenie. Przed lotniskiem czeka już na nas czarny " karawan" z zaciemnianymi szybami.
W drodze do hotelu słuchamy pierwszych uwag jednego z naszych tłumaczy- Wojtka, który bombarduje nas informacjami, uwagami, sugestiami. To wszystko, o czym mówi,jest tak bardzo interesujące, że powoli odwracam uwagę od niemiłych dla mnie doświadczeń z samolotu.
We Frankfurcie mało nie spóźniliśmy się na nasz lot. Przez nieporozumienie przyszliśmy na odprawę w ostatniej chwili i już wywoływali nas przez megafon.W pośpiechu, w ostatniej chwili wparowaliśmy do potężnej maszyny samolotu. W rzędzie 9 foteli, dwa korytarze. Mnóstwo ludzi o różnych kolorach skóry. Szukamy swoich miejsc. Niestety nie siedzimy w jednej grupie, ale w sumie w niedużej odległości od siebie. Mamy się zatem na oku. Silniki ryczą, a we mnie miesza się podekscytowanie podróżą z wielkim lękiem.
Siedzę koło Jakuba i to on niestety będzie obserwował moje reakcje na stres. Zapinamy pasy. Stewardzi tam i z powrotem szybkimi krokami mijają się na samolotowych uliczkach.
Standard samolotu nieporównywalny z poprzednimi. Każdy ma swój ekran, na którym może oglądać filmy do wyboru, obserwować lot na nawigacji lub posłuchać muzyki, która mu odpowiada. Mamy też do dyspozycji poduszkę i koc w jednorazowych opakowaniach.
Od razu czuć, że to potężna maszyna. Nie mogę uwierzyć, że takie metalowe cielsko potrafi wzbić się w powietrze, a co dopiero unosić się tam przez dziewięć godzin! Te dziewięć godzin będzie dla mnie koszmarem prawie nie do udźwignięcia. Koszmar podróży mam wymalowany na twarzy jeszcze długo po lądowaniu.
Co jakiś czas wyświetla się sygnał,że trzeba zapiąć pasy i wtedy praktycznie odchodzę od zmysłów, wiję się na fotelu, nie pomaga nawet zamykanie oczu, bo turbulencje czuć organicznie. Sytuacja ta powtarza się kilkanaście razy. Czuję, że zaraz zwariuję. Że ten lot to raczej kara niż nagroda. Że kiedy zginę, to ludzie powiedzą " I po co to jej wszystko było? Widzicie, jak skończyła? Warte to tego zachodu?".
Godziny dłużą się coraz bardziej i nie pomaga ani tv, ani muzyka, a zerkanie na stan lotu jeszcze bardziej wzmaga histerię, bo ciągle widzę nasz samolot nad wielką plamą Atlantyku, zawieszoną między kontynentami.
Obsługa dwoi się i troi i muszę przyznać,że ciężką mają robotę. W ciągu tych 9 godzin dostajemy dwie przekąski z napojami (raz precle, raz chipsy, zimna kanapka) i ciepły lunch: sałatka, bułka i do wyboru lasanie lub kurczak z warzywami. Do tego ciastko, masło, musztarda.
Boli mnie już głowa i mam ochotę otworzyć okno i po prostu urwać się z tej imprezy po angielsku. Czuję się zakładnikiem, bez prawa wyboru.
Moja nieobiektywna ocena sytuacji (czytaj: lęk paniczny) sięga zenitu przy lądowaniu. Mam wrażenie,że kiedy obniżamy pułap, to samolot macha skrzydłami i korpusem jak odlatujący na południe wielki ptak, który nerwowo przyspiesza, by dogonić swój klucz.
Nie wytrzymuję, bo już moje dyplomatyczne i krygujące zachowania przegrywają z odruchami Pawłowa. Nakładam na głowę bluzę, zaciskam mocno uszy, chwytam nerwowo Jakuba za rękę. I krzyczę. Najzwyczajniej w życiu krzyczę,ku zdziwieniu i politowaniu innych pasażerów. Koledzy liderzy ratując resztki mojej godności mówią, że tego nie słyszeli, ale to nie prawda. Słyszał to pewnie sam kapitan samolotu.
Przejście przez bramkę biura imigracyjnego idzie nam nadspodziewanie szybko. Nastawialiśmy się na jakieś niemiłe sytuacje problemowe, a tu kilka pytań, odciski palców i już jesteśmy " pod drugiej stronie lustra" jakby powiedziała Alicja w Krainie Czarów.
Hotel Renaissance bardzo klimatyczny. Pierwsze chwile w recepcji dzielimy na zakwaterowanie, słuchanie nieustannych uwag tłumaczy i odreagowanie podróży. Czuję się bardzo zmęczona, rozbita, oszołomiona.
Wchodzę do pokoju i mam ochotę rzucić się na łóżko. Tylko nie wiem właściwie które, bo w naszych jednoosobowych pokojach są dwa wielkie łoża. Do tego wielki telewizor i wielkie, piękne lampy. Pokój staje się ukojeniem po podróży. Może i popłakałabym sobie,żeby odreagować stres, ale starcza czasu na szybki prysznic, bo zaraz wyruszamy na popołudniowy spacer po Waszyngtonie.
W hallu hotelu dostajemy program wizyty. To już nie jedna kartka, ale prawdziwa książka- o nas, o miejscach, które zobaczymy i osobach ( organizacjach), które odwiedzimy. Program wypełniony każdego dnia do wieczora. Niestety wyczytuję, że do Pittsburgha i Nowego Jorku będziemy lecieli samolotem. Moje Ja protestuje- nieeeeeeeeeeee!
Na spacer zabiera nas Val Chlebowski- doświadczony tłumacz. Po przez stalowe chmury oglądamy piętrzące się w chmurach budynki.W powietrzu wisi burza, która nas dopadnie, kiedy zdecydujemy się wracać.
Oglądamy miejsca, budowle, które ogląda pewnie każdy turysta w Waszyngtonie.
I dziwimy się. Coś nam mówi,że ta biała rezydencja, przy której stoli dość pokaźny tłumek musi być interesująca. I ten biały domek okazuje się być Białym Domem. Zabawne, bo w tv wygląda na o wiele większy i robi bardziej prestiżowe wrażenie. Mijamy po drodze pomnik Kościuszki i kilka jeszcze rządowych budynków.
Wracając do hotelu zahaczmy o McDonalds, bo bardzo chce nam się pić, a wszystkie sklepy już zamknięte.
To było ciekawe doświadczenie. Wzbudziłyśmy w lokalu zainteresowanie. Białe kobiety, a poza nami tylko lokalne żule. I konsternacja sprzedawców, bo nie mają w kasie pieniędzy, by wydać ze stu dolarowego banknotu.
Śmietankowy rożek tak wielki,że nie mam siły zjeść go do końca.
Przed hotelem znajduję kilkucentową monetę. Na pewno na szczęście!- myślę sobie.
Niektórzy, niestrudzeni podróżą robią wieczorny wypad na miasto. Ja marzę, by położyć się spać.
Chcę jeszcze podłączyć się pod internet, by napisać kilka słów na blogu. Niestety nie mam połączenia i bardzo mnie to irytuje. Wgrywam zdjęcia. Wysyłam sms-y do najbliższych. Włączam tv i nie wiem kiedy zasypiam snem sprawiedliwego.
sobota, 4 sierpnia 2012
Kocham Cię, kocham, Cię, kocham Cię Polsko!
W samo południe wyruszyłam z domu. Krótkie pożegnania z Rodziną. Nie lubi pożegnań, więc tylko serdeczne uściski, przygotowywaliśmy się do tego rozstania już jakiś czas prowadząc długie rozmowy. Najbardziej żałuję, że praktycznie mijam się z moją Karusią. Ja wyjeżdżam, a ona wraca z pierwszej tak długiej pracy z Łeby w poniedziałek. Nie widziałyśmy się miesiąc. Tęsknię bardzo, bardzo...
Najpierw Wrocław. Cudowna podróż z moim Miłym, który mnie odwozi na dworzec. Dużo słów, dużo spojrzeń, pocałunków i łez.
Rano było pyszne wspólne śniadanie, które celebrowaliśmy bez pośpiechu. Michał wczesnym rankiem poleciał na zakupy, by przygotować Królewskie Śniadanie. Doskonałe, bogate w smaki, zapachy, kolory. Pięknie podane, z sercem i czułością.A na deser śniadaniowy borówki w bitej śmietanie. Cały Michał. Najlepszy kucharz na świecie!
Z Wrocławia Polskim Busem do Warszawy. Do stolicy droga prosta jak drut. Polska żegna mnie sierpniowym, pięknym popołudniem. Zboże już pokoszone, na polach bladozłociste bele ze słomą. Zielenią się długie łodygi kukurydzy. Mijamy wioski, miasteczka, miasta. W co drugiej miejscowości wesele pod jakąś świetlicą, zajazdem.
Nie przepadam za Mazowszem. Płaski horyzont, domy jakieś takie jakby z kartonu posklejane-malutkie, biedne, smutne, a dla kontrastu co jakiś czas bombastyczne, nie wiadomo skąd łuki, wieżyczki ala minarety, cokoliki, filarki...Nic w moim smaku. I pełno, pełno przydrożnych reklam. Krzyczących, plastykowych , poszarpanych od wiatru i zmęczonych już ulicznym życiem.
Wiem, u nas, na Dolnym Śląsku też większość domów zaniedbanych, zrujnowanych, ale one przynajmniej kiedyś, "za Niemca" były pysznymi piętrowymi domami z kamienia i drewna z obejściem, szopą, stajenką...
Mój Dolny Śląsk jest najpiękniejszy w całej Polsce, tak myślę szczerze i za każdym razem, kiedy jadę w stronę Warszawy. To jest moja Polska właśnie. Pogórze izerskie, Dolina Pałaców i Ogrodów, Odra, Bóbr, stare folwarki rozsiane po wioskach malowniczych jak Toskania...
Koło jedenastej w nocy spotykamy się już w pierwszej, małej grupce w hotelu pod lotniskiem. Krótka odprawa - jestem ja , Wojtek, Alina i Piotrek.
Sprawdzamy najważniejsze rzeczy: paszporty, deklaracje, list z ambasady.
Jutro wstajemy prze świtem, Zegarki nastawione na 3.45. O 4.30 zbiórka w hallu hotelu. Aliny mąż weźmie nasze bagaże i samochodem zawiezie na lotnisko, my przejdziemy te kilkaset metrów.
Przepakowuję jeszcze bagaż, część z podręcznego wkładam do dużej walizki.
Jutro rozpoczyna się wielka przygoda i wielka niewiadoma.
Warszawa Okęcie 7.15 odlot do Frankfurtu. 9.00 wylot do Waszyngtonu. O 15.00 czasu lokalnego mamy być na miejscu. U was pewnie będzie około 21 wieczorem.
Jak zobaczycie w ten jutrzejszy, niedzielny poranek sierpniowy samolot nad waszym niebem, to pomachajcie, bo być może będę w nim właśnie ja!
Najpierw Wrocław. Cudowna podróż z moim Miłym, który mnie odwozi na dworzec. Dużo słów, dużo spojrzeń, pocałunków i łez.
Rano było pyszne wspólne śniadanie, które celebrowaliśmy bez pośpiechu. Michał wczesnym rankiem poleciał na zakupy, by przygotować Królewskie Śniadanie. Doskonałe, bogate w smaki, zapachy, kolory. Pięknie podane, z sercem i czułością.A na deser śniadaniowy borówki w bitej śmietanie. Cały Michał. Najlepszy kucharz na świecie!
Z Wrocławia Polskim Busem do Warszawy. Do stolicy droga prosta jak drut. Polska żegna mnie sierpniowym, pięknym popołudniem. Zboże już pokoszone, na polach bladozłociste bele ze słomą. Zielenią się długie łodygi kukurydzy. Mijamy wioski, miasteczka, miasta. W co drugiej miejscowości wesele pod jakąś świetlicą, zajazdem.
Nie przepadam za Mazowszem. Płaski horyzont, domy jakieś takie jakby z kartonu posklejane-malutkie, biedne, smutne, a dla kontrastu co jakiś czas bombastyczne, nie wiadomo skąd łuki, wieżyczki ala minarety, cokoliki, filarki...Nic w moim smaku. I pełno, pełno przydrożnych reklam. Krzyczących, plastykowych , poszarpanych od wiatru i zmęczonych już ulicznym życiem.
Wiem, u nas, na Dolnym Śląsku też większość domów zaniedbanych, zrujnowanych, ale one przynajmniej kiedyś, "za Niemca" były pysznymi piętrowymi domami z kamienia i drewna z obejściem, szopą, stajenką...
Mój Dolny Śląsk jest najpiękniejszy w całej Polsce, tak myślę szczerze i za każdym razem, kiedy jadę w stronę Warszawy. To jest moja Polska właśnie. Pogórze izerskie, Dolina Pałaców i Ogrodów, Odra, Bóbr, stare folwarki rozsiane po wioskach malowniczych jak Toskania...
Koło jedenastej w nocy spotykamy się już w pierwszej, małej grupce w hotelu pod lotniskiem. Krótka odprawa - jestem ja , Wojtek, Alina i Piotrek.
Sprawdzamy najważniejsze rzeczy: paszporty, deklaracje, list z ambasady.
Jutro wstajemy prze świtem, Zegarki nastawione na 3.45. O 4.30 zbiórka w hallu hotelu. Aliny mąż weźmie nasze bagaże i samochodem zawiezie na lotnisko, my przejdziemy te kilkaset metrów.
Przepakowuję jeszcze bagaż, część z podręcznego wkładam do dużej walizki.
Jutro rozpoczyna się wielka przygoda i wielka niewiadoma.
Warszawa Okęcie 7.15 odlot do Frankfurtu. 9.00 wylot do Waszyngtonu. O 15.00 czasu lokalnego mamy być na miejscu. U was pewnie będzie około 21 wieczorem.
Jak zobaczycie w ten jutrzejszy, niedzielny poranek sierpniowy samolot nad waszym niebem, to pomachajcie, bo być może będę w nim właśnie ja!
czwartek, 2 sierpnia 2012
Szlachetna sztuka dokonywania wyborów- pokaż mi swoją walizkę, a powiem ci, czy aby nie za ciężka!
"Gdy przygotowujesz się do podróży, wyłóż przed sobą
wszystkie ubrania i wszystkie pieniądze, które chcesz zabrać. Następnie wyrzuć
połowę ubrań oraz weź dwa razy więcej pieniędzy."
Susan Heller
Susan Heller
-Aniu! Tak się o ciebie martwię! Uważaj tam na siebie...ty jesteś taka śliczna, żeby cię nikt nie porwał...( parskam śmeichem), a babcia ma naprawdę poważną minę i dodaje, żebym tego nie lekceważyła i żebym jej obiecała, że wrócę...
I jak tu nie uwielbiać najbliższych!
Nie wiem, czy jeszcze będę miała na tyle czasu, by napisać przed podróżą- rozpoczynam ją już prawie w to sobotnie południe, ale kto to wie?
Trzymajcie kciuki, aaaa i jeśli chcecie kartkę z "prawdziwych Stanów" to dajcie znać!
ps. ja tu sobie ironizuję o lakierach do paznokci, a coś mi moja świadomość podpowiada, żebym sprawdziła, czy N A P E W N O zapakowałam...paszport. Paszport z wizą USA! Pędzę sprawdzić!
środa, 1 sierpnia 2012
LIDERZY PAFW -więc są osoby, które mają pomysł, który zmieni świat
Do wyprawy zostało już tylko kilka dni. Czas przedstawić dziesięciu " wybrańców losu". Poniżej sylwetki liderów, którzy wezmą udział w wizycie studyjnej do USA w ramach Programu Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności, Szkoły Liderów PAFW, Programu Alumni, Departamentu Stanu USA. Te informacje o nas, to tak po prawdzie suche fakty, ale warto, byście podążając za nami, umiejscowili nas jakoś w przestrzeniach lokalnych i formach aktywności, działalności.
Więcej i barwniej będzie do opowiedzenia na pewno podczas samej wyprawy.
Wszystkie informacje o nas znajdują się na oficjalnej stronie Liderów PAFW
Zobaczcie też filmik PAFW dotyczący , kim właściwie jest lider. To wiele wyjaśnia :)
A więc! Poznajcie nas:
MARIA DASZKO, Platerów, woj. Mazowieckie
1 edycja
Jest dyrektorką Związku Placówek
Oświatowych w Platerowie, prezesem Nadbużańskiego Stowarzyszenia
Oświatowo-Ekologicznego „Mężenin”. Jest niekwestionowaną liderką w społeczności
lokalnej, koordynowała i inicjowała wiele projektów edukacyjnych dla młodzieży:
„Potęga wyobraźni 2002” ,
„Student Week”, „Szkoła z klasą 2002” ,
„Obóz myślenia twórczego 2000” .
Jej ostatnim sukcesem jest sfinalizowanie wymiany młodzieży polsko-ukraińskiej
oraz organizacja plenerów malarskich. W swojej działalności społecznej zajmuje
się przede wszystkim wyrównywaniem szans edukacyjnych.
”First I take Manhattan…”
Mieszkam i mozolę się z
całokształtem istnienia na wschodniej rubieży . Jestem dyrektorem szkoły i
prezesem stowarzyszenia. Staramy się urozmaicić dolę dzieci wiejskich poprzez
rozmaite formy edukacji i wychowania, z myślą o tym aby rozwijały osobowość i
aspiracje. Zrealizowaliśmy 68 dotacji organizacji wspierających tę banalną ideę. Co wyprawiamy,
pokazują nieco strony: www.platerow.org i
www.pgplaterow. w.interia.pl
Ameryka ma być dla mnie i mojego
środowiska inspiracją na kolejne lata
ALINA DĘBOWSKA, Bielsk Podlaski,
podlaskie
4 edycja
Fundusz Lokalny na Rzecz Rozwoju
Społecznego
Alina jest etnografem, pracuje w
Muzeum w Bielsku Podlaskim. Jest liderką wnoszącą wiele do dorobku kulturowego
i promocji regionu - Alina planuje,
koordynuje, wdraża, rozlicza projekty, organizuje akcje promocyjne i pozyskuje
sponsorów. Zrealizowała wiele projektów, między innymi: "Ich świat -
naszym światem, czyli spotkania pokoleń" w ramach programu "Łączymy
pokolenia", "Ikona - nasze dziedzictwo", "Sztuka nie zna
granic, czyli spotkania pokoleń".
Za swoje największe osiągnięcia
uznaje to, że mieszkańcy Bielska Podlaskiego i okolicznych wsi chętnie biorą
udział w projektach Aliny. Projekty przyczyniają się do wzmocnienia więzi
międzypokoleniowych, aktywizacji środowiska, zachowania dziedzictwa kulturowego
regionu oraz dobrego zagospodarowania czasu wolnego dzieci i młodzieży. Jest
także współautorka projektu badawczego zajmującego się ochroną ręcznika
obrzędowego na terenie powiatu bielskiego
i hajnowskiego. W ramach projektu powstała strona
internetowa www.bielskirezcznik.pl - największa baza internetowa ręcznika-
ponad 500 obiektów zinwentaryzowanych w terenie. Działania zostały docenione
przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego , który objął projekt honorowym
patronatem. W ramach projektu odbywają się warsztaty, prelekcje. Powstała
wystawa planszowa, która "wędruje" od wioski do wioski. Prezentowana
na płotach cieszy się wielkim zainteresowaniem. Miała już 20 odsłon. Powstał
też produkt lokalny- torba z tkaniny zdobiona haftem lub koronką o wzorze z
ręcznika ludowego. Od 2009r. działa w Funduszu Lokalnym na Rzecz Rozwoju
Społecznego.
KRZYSZTOF GORCZYCA, Lublin, lubelskie
6 edycja- tutor
Polska Zielona Sieć, Towarzystwo
dla Natury i Człowieka
O sobie (Gdzie i dlaczego działam
społecznie?): Działam społecznie gdyż powiedziano mi, że to podnosi pozycję na
rynku matrymonialnym. Ożeniłem się i dalej działam, więc to chyba nie o to
chodzi. Działam w Lublinie, Mołodiatyczach i Peresołowicach, Tajkurach w
obwodzie równieńskim, Pohoście Zarzecznym nad Prypecią,Władysławowie gmina
Dzwola, Andrzejówce gmina Biłgoraj, Wojsławicach powiat chełmski, Biszczy i
Obszy, Dolinie Łętowni, Dolinie Szyszły i Dolinie Sienochy. Za pomocą
klawiatury, młotka typu pucka z zestawem dłut o wdzięcznych nazwach jak
gradziny i szuleraki, roweru i fotoaparatu działam na rzecz rozwoju tych okolic
i zachowania w nich tego co mają najcenniejsze: miejsc cennych przyrodniczo,
zagrożonych gatunków (starodub łąkowy, modraszek nausitous i modraszek telejus,
czerwończyk nieparek i czerwończyk fioletek...) oraz kulturowego dziedzictwa w
postaci cmentarnego kamienia, starego i pięknie obrobionego i muzyki starej
pięknie zaśpiewanej, zaskrzypionej, zabębnionej i zatańczonej przez starych,
coraz mniej licznych mistrzów. Ale i przez młodych, coraz liczniejszych
mistrzów. Czasem udaje się spotkać ich ze sobą, spotkać ich z publicznością
albo z radiosłuchaczem...
JAKUB JAJUBOWSKI, Radzyń Podlaski, lubelskie
6 edycja
"Stuk-Puk" Radzyńskie
Stowarzyszenie dla Kultury
Od trzech lat mieszkam w Radzyniu
Podlaskim, gdzie wspólnie z żoną Justyną - po ukończeniu studiów artystycznych
w Lublinie - założyliśmy studio grafiki i
ilustracji "3J". Zajmujemy się projektowaniem graficznym - książki,
plakaty, czasopisma, a także ilustracje to nasz chleb powszedni. W 2008 roku
wspólnie z grupą znajomych i przyjaciół założyliśmy "Stuk-Puk"
Radzyńskie Stowarzyszenie dla Kultury. Kluczem miało być pukanie do drzwi, do
głów, do ludzkiego zainteresowania kulturą i sztuką. Zajmujemy się animacją
nieszablonowych działań kulturalnych, które nie mieszczą się w ofercie
kulturalnych instytucji naszego miasta, a poprzez które udaje nam się
przyciągać często ludzi zupełnie nie oswojonych z muzyką, filmem, czy sztukami
pięknymi. Od 2008 roku w każdy trzeci tydzień sierpnia organizujemy
"Ramole" - Radzyński Przegląd 'Old' Filmów. W scenerii Pałacu
Potockich, pod chmurką wyświetlamy najstarsze czarno-białe filmy. Co roku
odwiedza nas łącznie kilkaset osób. W 2009 roku zorganizowaliśmy Radzyńskie
Spotkania Artystyczne "Szukamy Pikasa" podczas których 6 twórców
skupionych w stowarzyszeniu zaprosiło 6 artystów
z różnych miast Polski.
Konfrontacja spojrzeń na nasze miasto pozwoliła wszystkim odnaleźć zupełnie
nowe inspiracje.
W grudniu tego samego roku miała
w Radzyniu miejsce premiera filmu "Dziadki-dziatkom. Pamiętnik ze Starego
Radzynia", którego jestem reżyserem. W filmie ośmioro najstarszych
mieszkańców miasta opowiedziało o tym jakim pamięta Radzyń swego dzieciństwa.
Film spotkał się z ogromnym lokalnym zainteresowaniem. W marcu 2012 roku film
został nagrodzony w ogólnopolskim konkursie "UTW dla społeczności"
jako przykład dobrego działania międzypokoleniowego w małej społeczności.
Nagroda wręczana była radzyńskiemu UTW w obecności Premiera RP oraz Pierwszej
Damy RP. Nagroda dodała nam motywacji do dalszych działań międzypokoleniowych.
Na 2012 rok zaplanowaliśmy realizację drugiej części filmu. Od 2011 roku
wspólnie z żoną prowadzę w Radzyniu Podlaskim Kawiarnię i Herbaciarnię
Artystyczną "Kofi&Ti". Stworzenie tego miejsca pomogło nam
zrealizować marzenie o przytulnym lokalu w którym będzie można spróbować dobrej
kawy i ciasta, ale także zetknąć się z atmosferą jakiej w Radzyniu brakowało -
kulturalną, rozwijającą i uczącą. I udało się. Dziś w kawiarni odbywają się
regularne spotkania z seniorami podczas których oglądamy i dyskutujemy o
starych zdjęciach Radzynia, warsztaty dla młodszych i starszych, pokazy filmów,
spotkania z ciekawymi osobami, dyskusje, wystawy i inne wydarzenia. Można
powiedzieć, że prowadzimy taki swój prywatny mini-dom kultury :) Więcej o mnie
na www.stuk-puk.art.pl [strona stowarzyszenia] www.3jstudio.pl [strona mojego
studia grafiki] www.facebook.com/kawiarnia.kofitil [strona kawiarni]
ANETA KIELAK-DZUDZIK, Zielonka, mazowieckie
1 edycja
Stowarzyszenie POROZUMIENIE DLA
ZIELONKI
Projekty realizuje w
Stowarzyszeniu Porozumienie dla Zielonki. Jest koordynatorką głównie projektów
artystycznych
i teatralnych stowarzyszenia, m.in.:
"Biesiada Teatralna ZA KURTYNĄ", "Animacje Teatr",
"Nasz prawdziwy Teatr". Zajmuje się aktywizacją kulturalną młodzieży.
Cel swojej pracy materializuję więc głównie w projektach animacji artystycznej
i upowszechniania kultury realizowanych dodatkowo w aspekcie wyrównywania szans
edukacyjnych dzieci
i młodzieży z małych miejscowości. Jestem
absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, zawodowo związaną z Teatrem
Ateneum w Warszawie
ANNA KOMSTA, Wleń, dolnośląskie
7 edycja
Dojrzewalnia Róż, Narodowe
Centrum Kultury, Ośrodek Kultury, Sportu i Turystyki we Wleniu, PARTNERSTWO
LOKALNE DZIAŁAJ (NA)GMINNNIE we Wleniu!, Stowarzyszenie MIASTA W INTERNECIE,
Szkoła Tańca Tabor Jelenia Góra, Uniwesrystet Dusiburg Essen Niemcy, WĘDRUJĄCE
FORUM KULTURY DOLNEGO ŚLĄSKA ( Domy Kultury +)
Titanica zbudowali
profesjonaliści, Arkę Noego amatorzy...lubię ten cytat :) Od 5 lat jestem
dyrektorem ośrodka kultury w małej społ. lokalnej. Porzuciłam pracę w szkole,
kiedy zaczęłam odnosić wrażenie, że zamiast skupiać się na spotkaniu z drugim
człowiekiem (uczniem, rodzicem, nauczycielem) zostałam wtłoczona w system
biurokracji, rutyny, nikomu nie potrzebnych planów, diagnoz, analiz, badań.
Coraz więcej papierów, coraz mniej uwrażliwienia, podążania za rozwojem
osobistym i uczniów, jego potrzebami, sukcesami, lękami. Zaryzykowałam-
zrobiłam życiową voltę i wygrałam konkurs na dyrektora w zapyziałym
infrastrukturalnie, organizacyjnie, intelektualnie i mentalnie ośrodku kultury.
Z tego jestem dumna:
1. Opracowanie w dialogu
społecznym Strategii Rozwoju OKSIT we Wleniu w środowisku lokalnym ( analiza
SWOT, misja, wizja, programy działań )
2. Zainicjowanie lokalnego dialogu społecznego
: Federacja Rad Sołeckich Grupa Planowania Strategicznego Partnerstwo Lokalne
DZIAŁAJ NA(GMINNIE) we Wleniu WĘDRUJĄCE FORUM KULTURY Dolnego Śląska- budowanie
regionalnej sieci instytucji kultury
3. Autorskie programy, które
powstały w ramach partycypacji społecznej: MŁODY WOLONTARIAT WLEŃ SZTUKMISTRZYNIE- budowanie lokalnej sieci
kobiet z pasją (wspieranie, promowanie i dzielenie się doświadczeniem w
działaniu lokalnym ) Prowadzenie cyklu
DEBAT SPOŁECZNYCH dot. ważnych lokalnie problemów społecznych ( rewitalizacja
miasta, młodzież w działaniu, kultura, edukacja, ekologia, społeczna
odpowiedzialność biznesu )- badania w działaniu, przyczynek do diagnozy
społecznej Cykliczne działania
charytatywne na rzecz mieszkańców potrzebujących pomocy
4. Ważne projekty, które określiły naszą
lokalną tożsamość i zaangażowały społeczność lokalną:
WLEŃLANDIA- miasteczko dzieci-partycypacyjne
działania lokalne na rzecz rozwoju i kreatywności dzieci poprzez kulturę i
animację społeczną
Urodziny ulicy CHOPINA- integracja społeczna,
sąsiedzka, rewitalizacja więzi społecznych poprzez animację kulturalną URODZINY WLEŃSKIEJ GOŁĘBIARKI- budowanie i
kultywowanie tożsamości lokalnej
Projekt międzynarodowy KINDER SPIELEN THEATER
– budowanie integracji europejskiej poprzez dziecięcy dialog kulturowy (OKSiT
jako partner wiodący). Projekt w tym roku otrzymał prestiżową nagrodę Deutschland
Land der Ideen 2012
KAŻDY
SKĄDŚ - projekt długofalowy, wieloetapowy , którego geneza leżała u podstaw
mojej osobistej potrzeby zatrzymania w czasie historii rodzinnych i powojennych
losów repatriantów z Kresów Wschodnich, budowania tożsamości lokalnej przez
osobiste narracje historyczne 1. OD OJCOWIZNY DO OJCZYZNY. Badanie, zbieranie,
dokumentowanie, spisywanie losów wybranych mieszkańców gminy, którzy po II
wojnie światowej trafili na tzw. Ziemie Odzyskane- wystawy w lokalnym
środowisku ( szkoły, pałace, instytucje kultury, biblioteki) 2. SAMI SWOI I
OBCY. Z KRESÓW NA KRESY –książka, zwarty zbiór reportaży i nieretuszowanych
zdjęć „repatriantów”, którzy po II w ś osiedlili się na Dolnym Śląsku. Wśród
nich moja narracja o dziadku i babci- to wyjątkowe i wzruszające doświadczenie
(realizacja marzenia- cel osiągnięty!) 3. Projekt edukacyjny KAŻDY SKĄDŚ.
Patriotyzm 3D. Dom, Dzieje. Dziedzictwo- dofinansowany przez Muzeum Historii
Polski w Warszawie. Efektem projektu jest zwarte wydawnictwo z prezentacjami
multimedialnymi gimnazjalistów z powiatu zawierającymi losy Polski pokazane
przez pryzmat historii rodzinnych ( poparte dokumentami, zdjęciami,
artefaktami, zapisami dźwiękowymi itp.)
ZOSTAŃ CZARODZIEJEM! Pomóż nam stworzyć
Bawialnię dla dzieci we Wleniu!- partycypacyjne działania na rzecz konkretnej
grupy mieszkańców. Projekt, który generuje ( w dalszym ciągu trwa) wiele
pozytywnych doświadczeń. Ma charakter wielkoformatowy- od fizycznego i
czasowego zaangażowania mieszkańców po budowanie sieci lokalnych powiązań,
relacji, wartościowania rzeczywistości poprzez wspólną kreację
i społeczną odpowiedzialność.
PIOTR KOZIOL, Stare Budkowice, opolskie
6 edycja
STowarzyszenie Budkowice,
Stowarzyszenie PRO, Towarzystwo Społeczno - Kulturalne Niemców na Śląsku
Opolskim, Związek Młodzieży Mniejszości Niemieckiej, Śląskie Stowarzyszenie
Samorządowe
Działam, by mój region rozkwitł.
Jest dla mnie mnie ważne, by bogactwo różnorodności w okolicy było naszą
wspólną mocną stroną. Wspieram rozwój regionu i pomagam osiągnąć ludziom
sukces.
ANNA OSIADACZ, Milanówek, mazowieckie
7 edycja
Fundacja Lwów i Kresy
Południowo-Wschodnie, Milanowski Uniwersytet Trzeciego Wieku, Stowarzyszenie
Inicjatyw Twórczych PARABUCH, Towarzystwo Miłośników Milanówka
Mieszkam i działam w
podwarszawskim Milanówku - Mieście Ogrodzie. Kocham swoje miasteczko i jego
potencjał: wspaniałych, wartościowych ludzi, piękne uliczki, wille, historię,
piękny starodrzew i cudowny klimat. Swoją aktywność realizuję w obszarze
kultury, uważam, że to najwdzięczniejsze pole do integracji ponad podziałami,
dające wiele możliwości wspólnego działania i wielką satysfakcję ze wspólnie
zrealizowanych wydarzeń. Jestem dyrektorem Milanowskiego Centrum Kultury,
dzięki czemu współpracuję z wieloma organizacjami pozarządowymi, a także
mieszkańcami i samorządem. Ponadto, jestem członkiem Rady Programowej
Milanowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, członkiem Stowarzyszenia Inicjatyw
Twórczych PARABUCH i Fundacji Lwów i Kresy Południowo-Wschodnie.
Dzięki tym działaniom mój punkt
widzenia roztacza się
z różnych poziomów:
samorządowego, dyrektora instytucji kultury, członka NGO, co ułatwia
zrozumienie wszystkich stron, współpracę i owocuje wieloma ciekawymi -
zrealizowanymi wspólnie z mieszkańcami - projektami. Staram się promować model
partycypacyjnego zarządzania miastem, zaczęliśmy od mojego kulturalnego
podwórka: wspólnie z mieszkańcami przygotowaliśmy strategię rozwoju kultury w
naszym mieście, teraz pora na małą architekturę i zagospodarowanie przestrzeni publicznej.
Zapraszam do Milanówka na
kulturalne spotkania, krówki
i truskawki oraz fantastyczny
spacer wśród wiekowych dębów!
BARTOSZ RIEF, Tczew, pomorskie
6 edycja
Alternatywne Centrum Kultury
"Zebra", Fundacja Pokolenia
O tym gdzie teraz jestem ma swoje korzenie w
muzyce. Wyrastając z kultury hardcore/punk przyjąłem nie tylko chęć do
wyładowywania emocji poprzez granie i krzyczenia o tym co boli i drażni, ale
także potrzebę zmiany, potrzebę reagowania, potrzebę działania. Od sali prób,
od słowa do słowa, od przelatujących przez głowę planów powstała idea, a
następnie kolektyw i miejsce. Te trzy elementy składają się na to czym jest
Alternatywne Centrum Kultury "Zebra", którego jestem członkiem.
Oprócz tego na co dzień jestem pracownikiem Fundacji Pokolenia gdzie m.in.
zajmuję się Programem Działaj Lokalnie oraz prowadzę Pracownię Sztuki
Użytkowej.
WOJCIECH TOMKIEWICZ Jedlicze,
podkaprpackie
3 edycja
Stowarzyszenie Inicjatyw
Społecznych ROTA w Jedliczu, Stowarzyszenie MŁODE ŁABĘDZIE w Czortkowie (Ukraina),
Stowarzyszenie Twórców i Animatorów Kultury Ludowej REGIONALIZM w Korczynie
Po raz pierwszy z działalnością
organizacji pozarządowej zetknąłem się w roku 1994. Wtedy zaangażowałem się w
czynną działalność Stowarzyszenia na Rzecz Osób Niepełnosprawnych RAZEM w
Chybiu (Śląsk Cieszyński), uczestnicząc w charakterze opiekuna osób
niepełnosprawnych w corocznych turnusach dla dzieci i młodzieży
niepełnosprawnej, organizowanych przez Stowarzyszenie. Pracę wolontariusza z
osobami niepełnosprawnymi kontynuuję do dnia dzisiejszego. Od roku 2005
współorganizuję coroczne pobyty grup dzieci niepełnosprawnych z Ukrainy w
Polsce. Stało się to możliwe dzięki podjęciu współpracy ze Stowarzyszeniem
MŁODE ŁABĘDZIE w Czortkowie, prowadzącym dzienną placówkę opiekuńczą dla osób
niepełnosprawnych w tym mieście. Na bieżąco staram się organizować zarówno
akcje charytatywne dla polonii ukraińskiej w Czortkowie, angażując w nie
licznych wolontariuszy w swoim środowisku, jak też wspólną wymianę młodzieży i
dorosłych, chcących utrzymywać więzi z rodakami na wschodzie europy. W roku 2003 m .in. z mojej
inicjatywy powstało Stowarzyszenie REGIONALIZM w Kroczynie, którego do dzisiaj
jestem prezesem. Stowarzyszenie to od początku istnienia jest organizatorem
Przeglądu Pieśni i Muzyki Ludowej KROPA w Korczynie z udziałem ok. 450 artystów
ludowych z regionu Podkarpacia oraz innych ważnych wydarzeń, mających na celu
zachowanie dziedzictwa kulturowego regionu. Działam ponadto w Stowarzyszeniu
Inicjatyw Społecznych ROTA w Jedliczu (www.rota-jedlicze.pl). Także w życiu
zawodowym mam okazję realizować wiele swoich pasji. Od 2003 roku kieruję
Gminnym Ośrodkiem Kultury w Korczynie. W roku 2008 jestem ekspertem
Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, powołanym do oceny merytorycznej wniosków w
programie współpracy transgranicznej INTERREG Polska – Republika Słowacka. W
roku 2010 wystartowałem w wyborach do Rady Powiatu Krośnieńskiego i uzyskałem
mandat radnego. Przewodniczę komisji budżetu i finansów. Zasiadam tez w komisji
transportu, bezpieczeństwa i porządku publicznego oraz w komisji oświaty i
kultury. Wybór mieszkańców mojej gminy traktuję jako zobowiązanie do pracy na
rzecz poprawy ich warunków życia.
Powracam do obowiązków zawodowych i pierwszych przymiarek do pakowania walizki, a to nie lada wyzwanie!
Dziś prezentuję również nasze piękne logo, które zaprojektował Jakub Jakubowski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
